<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Jacek Wiśniewski</title>
	<atom:link href="https://jacekwisniewski.com.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://jacekwisniewski.com.pl</link>
	<description>Autentyczne refleksje o życiu.Moim życiu.Bez filtrów i udawania.</description>
	<lastBuildDate>Thu, 05 Nov 2026 17:38:56 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=7.1.4</generator>
	<item>
		<title>Mechanizmy mojego uzależnienia. Kiedy alkohol zaczął odbierać mi największe marzenie</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/mechanizmy-mojego-uzaleznienia-kiedy-alkohol-zaczal-odbierac-mi-najwieksze-marzenie/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/mechanizmy-mojego-uzaleznienia-kiedy-alkohol-zaczal-odbierac-mi-najwieksze-marzenie/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2026 17:36:50 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=147</guid>

					<description><![CDATA[Długo zastanawiałem się, jak opisać własne uzależnienie, żeby nie było to kolejne opowiadanie o szkodliwości alkoholu. Nie chcę nikogo pouczać [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-large"><img fetchpriority="high" decoding="async" width="1024" height="576" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/11/file_00000000cf8c82119349255cd2ae4195-1024x576.png" alt="" class="wp-image-146" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/11/file_00000000cf8c82119349255cd2ae4195-1024x576.png 1024w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/11/file_00000000cf8c82119349255cd2ae4195-300x169.png 300w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/11/file_00000000cf8c82119349255cd2ae4195-768x432.png 768w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/11/file_00000000cf8c82119349255cd2ae4195-1536x864.png 1536w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/11/file_00000000cf8c82119349255cd2ae4195.png 1672w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>



<p class="wp-block-paragraph"><br><br>Długo zastanawiałem się, jak opisać własne uzależnienie, żeby nie było to kolejne opowiadanie o szkodliwości alkoholu. Nie chcę nikogo pouczać ani udawać człowieka, który poznał wszystkie odpowiedzi. Chcę po prostu opowiedzieć, jak alkohol stopniowo przejmował kontrolę nad moim życiem i jak blisko byłem utraty czegoś, co kiedyś było moim największym marzeniem. Własnej rodziny.<br><br>Uzależnienie nie pojawia się z dnia na dzień. Początkowo wszystko wygląda niewinnie. Spotkania towarzyskie, okazje do wypicia, dobra zabawa. Przecież piją inni, więc dlaczego ja miałbym nie pić? Z czasem jednak zaczyna się przekraczać granice, których początkowo nawet się nie dostrzega. Człowiek znajduje coraz więcej usprawiedliwień dla swojego picia. Praca, zmęczenie, problemy, stres. Każde wytłumaczenie wydaje się dobre, żeby nie przyznać przed samym sobą, że coś jest nie tak. Dzisiaj wiem, że jednym z najgroźniejszych mechanizmów uzależnienia jest właśnie umiejętność oszukiwania samego siebie. Można okłamywać najbliższych, ale najgorsze zaczyna się wtedy, gdy samemu zaczyna się wierzyć we własne kłamstwa.<br><br>Przez długi czas udawało mi się ukrywać skalę swojego problemu. Moje picie mogło jeszcze uchodzić za zwyczajne, towarzyskie. Pracowałem, miałem rodzinę, funkcjonowałem w społeczeństwie. Nie pasowałem do obrazu alkoholika, jaki przez lata utrwalano w naszej świadomości. Przecież alkoholik to według wielu ludzi ktoś zaniedbany, bez pracy, często bezdomny, pijący gdzieś pod sklepem. A skoro ja miałem pracę, dom i rodzinę, to przecież nie mogłem być jednym z nich. Takie myślenie jest bardzo wygodne, ale też niebezpieczne. Uzależnienie nie pyta o wykształcenie, wykonywany zawód ani stan konta. Może dotknąć każdego, a człowiek potrafi bardzo długo zachowywać pozory normalnego życia.<br><br>Dla mnie rodzina zawsze była czymś szczególnym. Marzyłem o własnym domu, żonie, dzieciach, o miejscu, do którego będę wracał i w którym będę czuł, że jestem u siebie. Kiedy to marzenie się spełniło, miałem przecież wszystko, czego wcześniej pragnąłem. A mimo to z czasem pozwoliłem, żeby alkohol zaczął odbierać mi radość z tego życia. Dzisiaj trudno mi pogodzić się z tamtym sposobem myślenia, ale wtedy byłem już coraz bardziej uwikłany w uzależnienie. Dostrzegałem również zmiany u Anetki. Nie była już tak szczęśliwa jak wcześniej. Nie widziałem w niej tej samej radości, którą pamiętałem z czasów, kiedy jeszcze udawało mi się ukrywać problem. I chociaż sam coraz bardziej męczyłem się swoim piciem, widziałem, że moje postępowanie zaczyna odbijać się również na niej.<br><br>Przychodzi taki moment, kiedy człowiek uzależniony zaczyna rozumieć, że zaszedł za daleko. Że nie pije już dlatego, że chce, ale dlatego, że coraz trudniej mu bez alkoholu funkcjonować. Ja również doszedłem do takiego miejsca. Byłem zmęczony samym sobą, własnym piciem, kłamstwami i tym wszystkim, co się z nim wiązało. Było mi wstyd. Ale chyba jeszcze bardziej żal było mi rodziny. Tego, że miałem coś, o czym zawsze marzyłem, a teraz własnym postępowaniem zaczynałem to tracić.<br><br>W końcu sam przyznałem się Anetce do swojego uzależnienia. Pamiętam ogromną ulgę, jaką wtedy poczułem. To może wydawać się dziwne, bo przecież przyznanie się do alkoholizmu nie jest powodem do radości. Dla mnie jednak oznaczało koniec ukrywania prawdy. Co więcej, wiedziałem, że skoro już się przyznałem, nie będzie odwrotu. Będę musiał podjąć leczenie. I właśnie ta świadomość przyniosła mi ogromną ulgę. Nie musiałem już dalej udawać przed samym sobą, że jakoś sobie poradzę, że wystarczy ograniczyć picie albo zrobić sobie dłuższą przerwę.<br><br>Nie pamiętam dokładnie, jak Anetka zareagowała na moje wyznanie. Minęło już sporo czasu i nie chcę przypisywać jej słów ani uczuć, których dzisiaj nie jestem pewien. Na pewno nie było to coś, z czego można było się cieszyć. Przecież piłem, kłamałem i robiłem rzeczy, których nie powinienem był robić. Myślę, że potrzebowała czasu, żeby to wszystko sobie poukładać. Później rozmawialiśmy już o moim problemie i o leczeniu, czasami nawet wtedy, kiedy byłem pod wpływem alkoholu. Ostatecznie trafiłem na terapię, więc Anetka przyjęła moją decyzję. Nie oznacza to jednak, że wszystkie wcześniejsze problemy nagle przestały istnieć.<br><br>Dzisiaj dostrzegam w tym jeszcze jedną rzecz. Ja, przyznając się do uzależnienia, poczułem ogromną ulgę, ale przecież Anetka nie musiała odczuwać tego samego. Dla mnie był to początek wychodzenia z ukrycia, a dla niej kolejny trudny moment w naszym wspólnym życiu. Człowiek uzależniony często tak bardzo skupia się na własnym cierpieniu, że nie potrafi dostrzec tego, co przeżywają jego najbliżsi. Samo powiedzenie prawdy nie sprawia przecież, że wcześniejsze kłamstwa przestają boleć.<br><br>Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o leczeniu, pojawił się u mnie jeszcze jeden lęk. Bałem się społecznej oceny, ale najbardziej obawiałem się tego, że Anetka będzie się za mnie wstydziła. O ośrodku w Stanominie mówiło się wtedy po prostu „odwyk”. A słowo to kojarzyło się wielu ludziom z kimś, kto znalazł się już na samym dnie, z tak zwanymi menelami z ulicy. Piszę to z szacunkiem do tych ludzi, bo przecież ich życie również ma wartość, ale właśnie takie stereotypy funkcjonowały w społeczeństwie. Bałem się, że ktoś powie, iż mąż Anetki jest na odwyku. Nie na leczeniu choroby, nie w miejscu, w którym próbuje odzyskać własne życie, tylko na odwyku. Dzisiaj widzę, jak absurdalne było to myślenie. Wstydziłem się podjęcia leczenia, chociaż wcześniej powinienem był wstydzić się przede wszystkim własnych kłamstw i tego, co alkohol robił z moim życiem.<br><br>Myślę, że właśnie ten wstyd jest jedną z przyczyn, dla których wielu uzależnionych tak długo odkłada leczenie. Boją się przyznać do choroby, boją się reakcji rodziny, znajomych i środowiska, w którym żyją. Wmawiają sobie, że poradzą sobie sami, że jeszcze nie jest tak źle, że przestaną pić od przyszłego miesiąca, po świętach, po wakacjach. Zawsze znajduje się jakiś dogodniejszy termin. Tylko że uzależnienie nie czeka na ten właściwy moment.<br><br>I tutaj dochodzę do czegoś, co szczególnie mocno uświadamia mi, jak poważna jest to choroba. Wielu moich kolegów już nie żyje. Odeszli ludzie, których znałem, i których życie zostało zniszczone przez alkohol. Kiedy o nich myślę, zastanawiam się, ilu z nich wierzyło, że jeszcze zdąży przestać pić. Ilu odkładało decyzję o leczeniu, przekonując siebie, że przecież mają jeszcze czas. Być może niektórzy naprawdę chcieli coś zmienić, tylko ciągle brakowało im odwagi, siły albo wiary, że mogą żyć inaczej. Tego już się nie dowiem. Wiem natomiast, że ich już nie ma.<br><br>Najbardziej przeraża mnie to, jak często alkohol znika z opowieści o przyczynie czyjejś śmierci. Mówi się, że ktoś zmarł na chorobę wątroby, niewydolność serca albo krwawienie z przewodu pokarmowego. Oczywiście nie każda taka choroba wynika z picia. Ale alkohol może przez lata uszkadzać organizm, przyczyniać się do rozwoju wielu chorób i ostatecznie doprowadzić do śmierci. W dokumentacji medycznej zostaje rozpoznanie konkretnej choroby, a w rozmowach ludzi często umyka to, co mogło przez długie lata prowadzić do jej rozwoju. Nie chcę nikomu po śmierci stawiać diagnozy. Chcę tylko zwrócić uwagę, że alkohol nie musi zabić człowieka bezpośrednio, żeby odebrać mu życie.<br><br>Najgorsze jest to, że śmierć zamyka wszystkie możliwości. Nie będzie już kolejnej próby leczenia, kolejnej rozmowy z żoną, kolejnego przyrzeczenia złożonego dzieciom. Nie będzie okazji, żeby odbudować zaufanie, którego wcześniej się nadużywało. Zostają najbliżsi, wspomnienia, żal i pytania, na które często nie ma już odpowiedzi. I być może właśnie dlatego tak bardzo chciałbym dotrzeć tym tekstem do kogoś, kto dzisiaj jeszcze się waha. Nie dlatego, że potrafię kogokolwiek uratować swoim pisaniem, ale dlatego, że wiem, jak łatwo odkłada się decyzję, która może zmienić całe życie.<br><br>Kiedy sam trafiłem na pierwszą terapię, nie rozumiałem jeszcze wszystkiego, co dzisiaj wiem o trzeźwieniu. Chciałem przede wszystkim przestać pić, wrócić do domu, odzyskać spokój i zaufanie rodziny. Tak naprawdę nie podejmowałem wtedy terapii dla samego siebie. Robiłem to głównie po to, żeby wszystko wróciło do normalności. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że samo odstawienie alkoholu nie rozwiąże wszystkich problemów. Detoks, choć jest niezwykle ważny, stanowi dopiero początek. Prawdziwa praca zaczyna się wtedy, kiedy człowiek musi zmierzyć się z własnym sposobem myślenia i nauczyć się żyć bez czegoś, co przez lata nim kierowało.<br><br>Jednym z najtrudniejszych doświadczeń w trzeźwieniu jest tęsknota za alkoholem. Wiem, że dla kogoś, kto nigdy nie był uzależniony, może to zabrzmieć niezrozumiale. Jak można tęsknić za czymś, co niszczyło człowiekowi życie, rodzinę i zdrowie? A jednak można. Uzależnienie potrafi przypominać dobre chwile związane z piciem, jednocześnie odsuwając na dalszy plan wszystkie jego konsekwencje. Człowiek musi nauczyć się rozpoznawać te mechanizmy i nie poddawać się im. Musi nauczyć się przeżywać emocje, radzić sobie z codziennością i podejmować decyzje bez powrotu do alkoholu. To proces, którego nie załatwi kilka tygodni spędzonych w ośrodku.<br><br>Jest jeszcze jedna trudna lekcja, którą daje trzeźwienie. Zrozumienie, że nasi najbliżsi nie mają obowiązku natychmiast nam wybaczyć ani ponownie zaufać. Człowiek przestaje pić i często chciałby, żeby od tej chwili wszystko było już dobrze. Tymczasem żona, mąż czy dzieci mają swoje wspomnienia i własne uczucia. Mogą nadal się bać, mogą być rozczarowani, mogą nie wierzyć w kolejne zapewnienia. I mają do tego prawo. Nie można domagać się wdzięczności za to, że w końcu postanowiło się podjąć leczenie. Zaufanie odzyskuje się nie słowami, lecz postępowaniem, a na to potrzeba czasu.<br><br>Myślę dzisiaj również o rodzinach, które nadal żyją obok osób uzależnionych. O ludziach zmęczonych ciągłym martwieniem się, ukrywaniem problemów przed światem, kolejnymi rozczarowaniami. Nie każda rodzina doświadcza awantur czy przemocy. Czasami cierpieniem jest zwykła codzienność, w której coraz mniej miejsca pozostaje na radość i spokój. Wiem, jak trudno może być dostrzec to człowiekowi, który sam walczy z nałogiem. Ale wiem też, że rodzina nie jest odpowiedzialna za jego picie i nie powinna poświęcać własnego życia, czekając bez końca na zmianę, która może nigdy nie nadejść.<br><br>Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby przedstawiać się jako człowiek, który wygrał z uzależnieniem i może teraz pouczać innych. Nadal jestem człowiekiem ze swoją przeszłością, słabościami i błędami. Wiele z nich rozumiem dzisiaj inaczej niż kiedyś. Nie mogę cofnąć czasu, nie mogę wymazać swoich kłamstw ani sprawić, że najbliżsi zapomną o tym, co przeżyli. Mogę jednak brać odpowiedzialność za swoje obecne życie. Dla mnie trzeźwienie nie jest wyłącznie liczeniem dni bez alkoholu. Jest nauką życia, w którym nie muszę już oszukiwać samego siebie ani ludzi, których kocham.<br><br>Czasami wracam myślami do chwili, kiedy przyznałem się Anetce do uzależnienia. Do tej ogromnej ulgi, którą wtedy poczułem, i do strachu przed tym, co będzie dalej. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak długa i trudna droga przede mną. Wiedziałem jednak, że nie chcę dalej żyć w ten sposób. Że alkohol odebrał mi już wystarczająco dużo i nie chcę pozwolić, żeby zabrał mi również rodzinę.<br><br>Dzisiaj, kiedy myślę o kolegach, których już nie ma, jeszcze mocniej rozumiem znaczenie tamtej decyzji. Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy nie przyznał się do problemu i nie podjął leczenia. Nie chcę też snuć czarnych scenariuszy. Wiem jednak, że alkohol potrafi zabrać człowiekowi znacznie więcej, niż ten jest gotów sobie wyobrazić.<br><br>Jeżeli ktoś, kto czyta te słowa, zaczyna dostrzegać u siebie problem, chciałbym, żeby zrozumiał jedną rzecz. Nie trzeba stracić pracy, domu ani rodziny, żeby mieć prawo poprosić o pomoc. Nie trzeba też czekać, aż zdrowie zacznie się rozpadać. Uzależnienie jest chorobą, a leczenie nie jest powodem do wstydu.<br><br>Kiedyś bałem się, że Anetka będzie się wstydziła tego, że jej mąż jest na odwyku. Dzisiaj wiem, że znacznie bardziej powinienem był bać się tego, że przez alkohol stracę ją i rodzinę, o której zawsze marzyłem.<br><br>A najtrudniejsza prawda, do której dochodzę po latach, jest chyba taka, że nie każdy człowiek uzależniony doczeka momentu, w którym zrozumie, co naprawdę stracił. Niektórzy odchodzą wcześniej, pozostawiając po sobie ludzi, którzy być może do końca mieli nadzieję, że jeszcze wszystko się zmieni.<br><br>Ja dostałem możliwość zmiany własnego życia. I nie chciałbym już nigdy zapomnieć, jak wiele mogłem stracić.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/mechanizmy-mojego-uzaleznienia-kiedy-alkohol-zaczal-odbierac-mi-najwieksze-marzenie/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Czy naprawdę żyję tak, jak chcę?</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/czy-naprawde-zyje-tak-jak-chce/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/czy-naprawde-zyje-tak-jak-chce/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 22 Oct 2026 16:39:34 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=143</guid>

					<description><![CDATA[Od jakiegoś czasu coraz częściej zadaję sobie pytanie, na które wcale nie jest łatwo odpowiedzieć. Czy ja naprawdę żyję tak, [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-large"><img decoding="async" width="1024" height="536" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/file_00000000074081f59e489a6516d5269d-3-1024x536.png" alt="" class="wp-image-141" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/file_00000000074081f59e489a6516d5269d-3-1024x536.png 1024w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/file_00000000074081f59e489a6516d5269d-3-300x157.png 300w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/file_00000000074081f59e489a6516d5269d-3-768x402.png 768w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/file_00000000074081f59e489a6516d5269d-3-1536x803.png 1536w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/10/file_00000000074081f59e489a6516d5269d-3.png 1734w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>



<p class="wp-block-paragraph"><br><br>Od jakiegoś czasu coraz częściej zadaję sobie pytanie, na które wcale nie jest łatwo odpowiedzieć. Czy ja naprawdę żyję tak, jak chcę? Czy jestem w miejscu, w którym chciałbym być na tym etapie swojego życia? I nie chodzi mi o pieniądze, wielki dom, drogi samochód czy rzeczy, którymi ludzie tak często mierzą swój sukces. Nigdy nie były one dla mnie najważniejsze. Chodzi o coś znacznie trudniejszego do zdobycia. O poczucie, że moje życie jest naprawdę moje. Że rano wstaję i wiem, że robię to, co lubię, że sam decyduję o swoim czasie i nie muszę ciągle za czymś gonić. I kiedy próbuję sobie szczerze odpowiedzieć na to pytanie, dochodzę do wniosku, że nie, nie żyję jeszcze tak, jakbym chciał. I chyba właśnie ta świadomość boli mnie najbardziej. Przez wiele lat moje życie wyglądało inaczej, niż sobie wyobrażałem. Były błędy, złe decyzje, stracone możliwości, próby zaczynania wszystkiego od nowa. Nie zamierzam jednak kolejny raz opowiadać całej swojej przeszłości. Ona już się wydarzyła. Nie zmienię jej, choć nieraz zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wcześniej zrozumiał pewne rzeczy. Być może miałbym dzisiaj swoje miejsce, spokojną pracę, więcej niezależności. A może wcale nie. Tego nigdy się nie dowiem. Wiem natomiast, że przez dużą część życia bardziej zajmowałem się naprawianiem tego, co było za mną, niż budowaniem tego, co mogło być przede mną. I dzisiaj, kiedy mam już ponad pięćdziesiąt lat, zaczynam odczuwać coś, czego wcześniej nie rozumiałem. Że człowiek może mieć w sobie ogromną chęć do życia, mnóstwo pomysłów, marzeń i planów, a jednocześnie coraz wyraźniej czuć, że zdrowie i upływający czas zaczynają ograniczać jego możliwości. To dziwne uczucie. Głowa nadal chce, wyobraźnia pracuje, człowiek widzi siebie przy różnych zajęciach, planuje, zastanawia się, co jeszcze mógłby stworzyć. A później przychodzi zwykły dzień i rzeczywistość przypomina mu, że nie wszystko zależy już od jego chęci. Czasami organizm nie pozwala zrobić nawet połowy tego, co jeszcze niedawno wydawało się czymś zupełnie normalnym. I nie ma tu znaczenia, ile motywacyjnych książek przeczytam ani ile razy powiem sobie, że trzeba walczyć o marzenia. Bo są ograniczenia, których nie da się pokonać samą siłą woli. Zawsze lubiłem mechanikę samochodową. Pracę, przy której można się skupić, coś rozebrać, naprawić, znaleźć rozwiązanie problemu. Miałem swoje miejsce, swój garaż, swoje plany. Dzisiaj tego miejsca już nie mam. Sprzedaż garażu i przeznaczenie pieniędzy na remont domu to część decyzji, jakie przynosi życie. Bo przecież nie żyjemy samymi marzeniami. Są obowiązki, potrzeby, sprawy ważne dla całej rodziny. Tylko że można rozumieć konieczność pewnych decyzji, a jednocześnie tęsknić za tym, co się zostawiło. Nadal chciałbym mieć niewielki warsztat. Nie po to, żeby budować wielką firmę i pracować od rana do nocy. Wręcz przeciwnie. Chciałbym móc wejść tam rano, zrobić kawę, zająć się samochodem, a kiedy zabraknie mi sił, zwyczajnie odpocząć. Bez presji, bez pośpiechu, bez ciągłego patrzenia na zegarek. Dla kogoś to może być niewielkie marzenie. Dla mnie to właśnie oznaczałoby kawałek życia na własnych zasadach. Tylko że dzisiaj między marzeniem a jego realizacją stoją trzy rzeczy: zdrowie, pieniądze i czas. I najtrudniejsza jest świadomość, że tego ostatniego nikt mi nie odda. Nie piszę tego, żeby ktoś mi współczuł. Nie potrzebuję pocieszania ani zapewnień, że wszystko na pewno się uda. Bo skąd ktokolwiek może to wiedzieć? Sam nie wiem. A jednak nie potrafię przestać o tym myśleć. Czasami zastanawiam się, czy przez te wszystkie lata nie poświęciłem zbyt wiele energii na rzeczy, które dzisiaj nie mają już dla mnie większego znaczenia. Na to, co ktoś o mnie pomyśli, jak mnie oceni, czy zaakceptuje moje decyzje. Na poczucie winy, które towarzyszyło mi od dzieciństwa i z którego tak trudno było się uwolnić. Dzisiaj znacznie mniej interesuje mnie opinia innych. Nie muszę wszystkim się podobać, nie muszę być przez każdego rozumiany. Nie oczekuję też, że ludzie będą zgadzać się z moim spojrzeniem na świat. Chcę tylko mieć prawo do własnego zdania, własnych wyborów i własnego spokoju. Coraz bardziej cenię ludzi szczerych, którzy nie próbują mnie zmieniać według swoich oczekiwań. Ludzi, przy których nie muszę nikogo udawać. Ale zauważyłem też coś jeszcze. Przez lata przyzwyczaiłem się do tego, że życie polega na ciągłym dążeniu do czegoś. Najpierw trzeba coś naprawić, później odzyskać, następnie osiągnąć, udowodnić, nadrobić. Zawsze jakiś cel, zawsze kolejna przeszkoda. I być może właśnie dlatego tak trudno mi dzisiaj zwyczajnie zatrzymać się i powiedzieć sobie, że nie wszystko musi być walką. Że można żyć spokojniej. Tylko czy ja naprawdę potrafię? Piszę bloga, pracuję nad książką, próbuję rozwijać swój kanał na YouTube. Lubię to. Lubię dzielić się przemyśleniami, rozmawiać o życiu, stawiać pytania, na które sam nie zawsze znam odpowiedzi. Nie robię tego dla popularności ani dla liczby polubień. Robię to, bo czuję taką potrzebę. I w tych chwilach rzeczywiście mam poczucie, że robię coś swojego. Że nie muszę nikogo naśladować ani dopasowywać się do oczekiwań innych. Ale nawet wtedy gdzieś z tyłu głowy pozostaje myśl o tym drugim życiu, tym, które sobie wyobrażałem. O miejscu, w którym mógłbym pracować przy samochodach, odpoczywać, tworzyć coś własnymi rękami. I czasami zastanawiam się, czy nie jestem zbyt surowy wobec siebie. Czy nie oceniam swojego życia wyłącznie przez to, czego jeszcze nie osiągnąłem, zapominając o tym, jak wiele udało mi się przejść. Bo przecież jestem tutaj. Nadal mam marzenia. Nadal potrafię cieszyć się drobnymi rzeczami. Nadal chcę się rozwijać i poznawać świat. Nie uważam swojego życia za przegrane. Daleko mi do takiego myślenia. Ale nie zamierzam też oszukiwać samego siebie i powtarzać, że wszystko jest wspaniale, skoro czuję, że czegoś bardzo ważnego mi brakuje. I może właśnie na tym polega dojrzałość. Nie na udawaniu, że jesteśmy szczęśliwi, ale na odwadze przyznania przed sobą, czego naprawdę nam brakuje. Nie każdy potrzebuje wielkich osiągnięć. Niektórzy są szczęśliwi, pracując całe życie na etacie, wracając do domu i nie oczekując niczego więcej. Szanuję to. Ale ja zawsze miałem w sobie potrzebę stworzenia czegoś własnego. Miejsca, które będzie moje, w którym będę mógł decydować o sobie. I nie chcę już za to przepraszać ani tłumaczyć, dlaczego zwyczajny garaż może znaczyć dla mnie więcej niż rzeczy, za którymi gonią inni. Coraz częściej myślę też o tym, że nie wszystko, czego nie zrealizowałem, musi oznaczać porażkę. Czasami życie zwyczajnie stawia nas przed wyborami, których nie chcieliśmy dokonywać. Wybieramy to, co w danym momencie jest konieczne, a niekoniecznie to, czego najbardziej pragniemy. I później trzeba nauczyć się z tym żyć. Tylko ja nie chcę, żeby pogodzenie się z rzeczywistością oznaczało całkowitą rezygnację z marzeń. Nie chcę też spędzić kolejnych lat wyłącznie na rozmyślaniu o tym, co mogło być. Bo wtedy sam odbiorę sobie czas, którego tak bardzo boję się nie mieć. I tutaj dochodzę do odpowiedzi na pytanie postawione na początku. Czy naprawdę żyję tak, jak chcę? Jeszcze nie. Nie w pełni. Ale może pierwszy raz w życiu naprawdę wiem, jak chciałbym żyć. Bez ciągłego udowadniania swojej wartości, bez gonienia za czymś tylko dlatego, że inni uważają to za sukces. Chciałbym mieć zdrowie na tyle, żeby móc robić to, co lubię. Trochę niezależności, kilku prawdziwych ludzi wokół siebie, czas na własne pasje i zwyczajny spokój. Nic nadzwyczajnego. A jednak dzisiaj wiem, jak wiele to znaczy. Nie mam pewności, czy uda mi się stworzyć jeszcze to miejsce, o którym marzę. Nie wiem, na ile pozwoli mi zdrowie ani jak potoczy się moje życie. Ale nie chcę już codziennie żyć myślą, że na wszystko może być za późno. Bo przecież dzisiaj jeszcze jestem. Jeszcze mogę coś zaplanować, napisać, powiedzieć, stworzyć. Może nie wszystko. Może nie tak szybko, jakbym chciał. Ale wciąż coś mogę. I chyba największym błędem byłoby teraz tak bardzo bać się tego, że nie zdążę spełnić swoich marzeń, że przestałbym dostrzegać życie, które nadal mam przed sobą. Nie chcę już nadrabiać przeszłości. Chcę wreszcie dobrze przeżyć teraźniejszość. A jeżeli uda mi się jeszcze zrealizować choć część tego, o czym marzę, będę szczęśliwy. Bo dzisiaj nie chodzi mi już o to, żeby mieć więcej niż inni. Chodzi o to, żebym kiedyś, patrząc wstecz, nie musiał powiedzieć sobie czegoś, co byłoby dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania: wiedziałem, jak chcę żyć, ale nawet nie spróbowałem.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/czy-naprawde-zyje-tak-jak-chce/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Granica między piciem a trzeźwością</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/granica-miedzy-piciem-a-trzezwoscia/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/granica-miedzy-piciem-a-trzezwoscia/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 22 Sep 2026 18:56:29 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=129</guid>

					<description><![CDATA[Przez długi czas wydawało mi się, że granica między piciem a trzeźwością jest prosta. Pijesz albo nie pijesz. Dzisiaj wiem, [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-large"><img decoding="async" width="1024" height="538" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/09/file_0000000061d88246a2bf5ca8db0eced04455337269019154751-1024x538.png" alt="" class="wp-image-128" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/09/file_0000000061d88246a2bf5ca8db0eced04455337269019154751-1024x538.png 1024w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/09/file_0000000061d88246a2bf5ca8db0eced04455337269019154751-300x158.png 300w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/09/file_0000000061d88246a2bf5ca8db0eced04455337269019154751-768x403.png 768w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/09/file_0000000061d88246a2bf5ca8db0eced04455337269019154751-1536x807.png 1536w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/09/file_0000000061d88246a2bf5ca8db0eced04455337269019154751.png 1731w" sizes="(max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>



<p class="wp-block-paragraph">Przez długi czas wydawało mi się, że granica między piciem a trzeźwością jest prosta. Pijesz albo nie pijesz. Dzisiaj wiem, że to jedna z tych rzeczy, które z boku wyglądają dużo łatwiej niż od środka. Bo można nie mieć alkoholu we krwi i nadal całym sobą żyć piciem. Można odliczać godziny, czekać na moment, kiedy w końcu będzie można się napić, można mówić sobie, że wszystko jest pod kontrolą, a jednocześnie podporządkować alkoholowi sporą część dnia, myśli i życia. Głód alkoholu też trudno komuś wytłumaczyć. To nie zawsze jest zwykła ochota na piwo czy kieliszek. Czasami to napięcie, niepokój, rozdrażnienie, myśl, która wraca i nie chce odejść. Człowiek wie, że nie powinien. Wie, ile razy obiecywał sobie coś innego. Wie, że może znowu narobić bałaganu, powiedzieć za dużo, zranić kogoś albo samego siebie, a mimo to w głowie pojawiają się kolejne powody. Tylko jedno. Na uspokojenie. Na sen. Na poprawę humoru. Na ciężki dzień. Na dobry dzień. Na stres. Na zmęczenie. Powód zawsze się znajdzie. I chyba właśnie na tym polega część problemu. Człowiek nie musi już szukać alkoholu, bo jego głowa potrafi znaleźć za niego uzasadnienie. Życie pod wpływem też wygląda inaczej niż życie na trzeźwo. Po alkoholu można na chwilę mniej czuć, mniej myśleć, mniej się bać. Czasami łatwiej mówić, łatwiej się śmiać, łatwiej zapomnieć o tym, co boli. Tylko że razem z tym wszystkim łatwiej też powiedzieć za dużo, zrobić coś głupiego, skłamać, zawieść, obiecać coś, czego następnego dnia człowiek nie potrafi dotrzymać. Alkohol daje chwilę ulgi, ale później potrafi wystawić rachunek i zwykle większy, niż człowiek się spodziewał. Na trzeźwo jest inaczej. Nie ma już tego szybkiego wyjścia awaryjnego. Jak boli, to boli. Jak człowiek się boi, musi się z tym strachem zmierzyć. Jak jest zły, musi nauczyć się przeżyć złość bez zalewania jej alkoholem. Jak zrobi coś nie tak, zostaje z tym na drugi dzień z pełną świadomością. I właśnie dlatego dla mnie trzeźwość nigdy nie była tylko niepiciem. Nie pić można. Trzeźwieć to już coś innego. To uczenie się siebie bez alkoholu. Uczenie się emocji. Uczenie się odpowiedzialności. Uczenie się tego, że nie wszystko trzeba natychmiast zagłuszyć. Człowiek pijący i człowiek trzeźwiejący mogą wyglądać z zewnątrz podobnie. Ta sama twarz, ta sama rodzina, ta sama praca, ten sam człowiek dla sąsiadów i znajomych, ale w środku może dziać się zupełnie coś innego. Pijący bardzo często żyje od ulgi do ulgi. Trzeźwiejący zaczyna żyć od dnia do dnia. Pijący szuka powodu. Trzeźwiejący coraz częściej szuka odpowiedzialności. Pijący ucieka od emocji. Trzeźwiejący powoli uczy się z nimi zostać. Wiele razy słyszy się też o dnie. Alkoholik musi osiągnąć dno. Musi stracić wszystko. Musi dostać tak mocno od życia, żeby w końcu zrozumiał. Tylko że z tym dnem też nie jest tak prosto. Dla jednego będzie nim utrata pracy, dla drugiego rozpad rodziny, dla kogoś zdrowie, wypadek, długi albo samotność. A dla jeszcze innego dnem może być zwykły poranek, kiedy patrzy w lustro i pierwszy raz naprawdę widzi, że nie chce już tak żyć. Nie każdy musi leżeć pod mostem, żeby być alkoholikiem. Nie każdy musi stracić rodzinę, dom czy pracę. Czasami człowiek z zewnątrz funkcjonuje całkiem normalnie, chodzi do pracy, zarabia, ma rodzinę, rozmawia z ludźmi, a w środku już dawno przestał być wolny. Moim zdaniem dno nie ma jednego poziomu. Każdy ma swoje. I chyba najważniejsze jest to, czy człowiek w pewnym momencie je zauważy, czy dalej będzie sobie wmawiał, że przecież inni mają gorzej. Bo alkoholik bardzo łatwo potrafi znaleźć kogoś, przy kim wygląda dobrze. Ja nie piję rano. Ja pracuję. Ja nie śpię na ławce. Ja mam rodzinę. Ja nikogo nie biję. Zawsze można znaleźć człowieka, który pije więcej, żyje gorzej i na jego tle jeszcze przez chwilę udawać przed sobą, że problemu nie ma. AA też kiedyś było dla mnie czymś, na co patrzyłem inaczej niż dzisiaj. Samo przyjście na mityng nie sprawia przecież, że człowiek magicznie przestaje mieć problem. Nie wystarczy wejść do sali, usiąść i wysłuchać kilku historii. Ale jest tam coś, czego wcześniej często brakowało. Ludzie, przed którymi nie trzeba udawać. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego człowiek znowu się napił, dlaczego zawalił, dlaczego zrobił coś, czego sam się po sobie nie spodziewał. Tam często siedzą ludzie, którzy doskonale wiedzą, o czym mówisz, bo sami przechodzili przez podobne rzeczy. Każdy ma inną historię, inne życie, inne straty i inne dno, ale mechanizm potrafi być bardzo podobny. I chyba właśnie to daje pewien rodzaj ulgi. Nagle okazuje się, że nie trzeba już grać roli człowieka, który nad wszystkim panuje. Można powiedzieć prawdę. Nie piszę tego jako ekspert od uzależnień. Piszę jako człowiek, który zna obie strony. Znam stan, kiedy alkohol wydawał się rozwiązaniem. Znam momenty, kiedy już wiedziałem, że nim nie jest, a mimo to nie potrafiłem od razu przestać. Znam też różnicę między „nie piję” a „uczę się żyć bez picia”. To naprawdę nie jest to samo. Można odstawić alkohol, ale jeszcze długo reagować, myśleć i funkcjonować tak jak wcześniej. Można mieć pretensje do całego świata, szukać winnych, obrażać się, uciekać od odpowiedzialności, tylko już bez kieliszka w ręku. I wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że alkohol był ogromną częścią problemu, ale po jego odstawieniu zostaje jeszcze on sam. Ze swoim charakterem, przeszłością, emocjami, błędami, lękami i sposobem reagowania na życie. Dzisiaj patrzę na to dużo spokojniej niż kiedyś. Bez wielkich deklaracji i bez robienia z siebie bohatera. Trzeźwość nie naprawiła wszystkich moich problemów. Nie zrobiła ze mnie idealnego faceta. Nadal popełniam błędy. Nadal potrafię się wkurzyć. Nadal mam gorsze dni i chwile, kiedy najchętniej uciekłbym od wszystkiego. Życie nadal potrafi przywalić. Ludzie nadal zawodzą. Problemy nadal przychodzą. Różnica polega na tym, że dziś nie muszę uciekać w alkohol. I chyba właśnie tutaj przebiega moja granica między piciem a trzeźwością. Nie między pełnym a pustym kieliszkiem. Nie między jednym dniem abstynencji a kolejnym. Dla mnie ta granica przebiega gdzieś dużo głębiej. Między ucieczką a zostaniem ze sobą. Między ciągłym szukaniem wymówek a braniem odpowiedzialności. Między chwilowym znieczuleniem a prawdziwym przeżywaniem tego, co przychodzi. Człowiek pijący chce często choć na chwilę nie czuć. Człowiek trzeźwiejący powoli uczy się, że można czuć wszystko i mimo tego dalej żyć. Reszta tej historii jest znacznie dłuższa. Są w niej momenty, których tutaj nie opiszę. Będą miały swoje miejsce gdzie indziej, bo nie wszystko chcę opowiedzieć w jednym wpisie. Wiem tylko jedno. Kiedyś alkohol miał mi pomagać żyć. Z czasem coraz bardziej przeszkadzał mi żyć. A trzeźwienie zaczęło się chyba naprawdę wtedy, kiedy przestałem pytać, dlaczego nie mogę pić, a zacząłem patrzeć na to, dlaczego już nie chcę wracać do człowieka, którym byłem, kiedy alkohol rządził moim życiem.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/granica-miedzy-piciem-a-trzezwoscia/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Praca jest częścią życia. Nie życie częścią pracy. Ile trzeba stracić, żeby to zrozumieć?</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/praca-jest-czescia-zycia-nie-zycie-czescia-pracy-ile-trzeba-stracic-zeby-to-zrozumiec/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/praca-jest-czescia-zycia-nie-zycie-czescia-pracy-ile-trzeba-stracic-zeby-to-zrozumiec/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 01 Sep 2026 18:04:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=123</guid>

					<description><![CDATA[Pracować z bólem można.Chodzić z bólem też można.Można brać garściami tabletki, zaciskać zęby i codziennie powtarzać sobie:„Jeszcze trochę wytrzymam.”Tylko czy [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p class="wp-block-paragraph">Pracować z bólem można.<br>Chodzić z bólem też można.<br>Można brać garściami tabletki, zaciskać zęby i codziennie powtarzać sobie:<br>„Jeszcze trochę wytrzymam.”<br>Tylko czy naprawdę o to chodzi?<br>Ja już tę drogę przeszedłem.<br>Cztery lata temu miałem wielki finał własnej głupoty. I nie piszę tego po to, żeby się biczować. Piszę dlatego, że podobną głupotę popełnia mnóstwo ludzi.<br>Bo przecież trzeba pracować.<br>Jeszcze chodzę.<br>Jeszcze dam radę.<br>Wezmę tabletkę.<br>Może to nic takiego.<br>Poczekam do weekendu.<br>Poczekam do urlopu.<br>Żeby nie komplikować. Żeby nikogo nie zawieść. Żeby być tym „porządnym pracownikiem”, który zawsze jest.<br>Tylko dziś zadaję sobie jedno pytanie:<br>Kto mądry i dojrzały czeka na urlop po to, żeby zacząć się badać albo leczyć?<br>Ludzie czekają na urlop, żeby odpocząć. Pojechać gdzieś. Polecieć. Spędzić czas z rodziną. Złapać trochę oddechu.<br>Ja też kiedyś czekałem.<br>I rzeczywiście poleciałem.<br>Tylko nie samolotem.<br>Poleciałem na stół operacyjny. Dwa razy w ciągu miesiąca. A zamiast wakacyjnego kierunku „przywitał” mnie nowotwór.<br>Tak wyglądał mój finał odkładania siebie na później.<br>Mógłbym teraz napisać, że od tamtej chwili wszystko zrozumiałem. Że choroba całkowicie mnie zmieniła, zacząłem idealnie dbać o siebie i już nigdy nie popełniłem tego samego błędu.<br>Nie napiszę tego.<br>Bo to nieprawda.<br>Zbyt wiele mnie wtedy jeszcze nie nauczyła.<br>Badania, które musiałem robić, robiłem. Kontrole również. Ale nadal nie słuchałem własnego ciała tak, jak powinienem.<br>A organizm zwykle mówi wcześniej.<br>Najpierw cicho.<br>Daje sygnały. Próbuje powiedzieć:<br>„Coś się dzieje. Zrób coś.”<br>Tylko człowiek ma niesamowitą zdolność zagłuszania tych komunikatów.<br>Tabletką.<br>Kawą.<br>Obowiązkami.<br>Pracą.<br>Terminami.<br>I najgroźniejszym zdaniem:<br>„Jeszcze trochę.”<br>Jakby nasze ciało miało obowiązek poczekać, aż skończymy projekt, zmianę, remont, miesiąc czy rok.<br>Nie ma takiego obowiązku.<br>Od czasu mojej wewnętrznej zmiany wiele razy mówiłem sobie:<br>„Teraz już naprawdę zadbam o siebie.”<br>I co?<br>Papierosy rzuciłem. Na trzy miesiące.<br>Dla mnie osobiście to porażka. Nie będę jej opakowywał w motywacyjne hasła.<br>Bo można pięknie mówić o zmianie, świadomości i drugim życiu.<br>A później przychodzi zwykła codzienność i właśnie wtedy okazuje się, ile z tych deklaracji naprawdę zostało w człowieku.<br>Teraz jednak coś się we mnie zmieniło.<br>Powiedziałem:<br>STOP.<br>Nie komuś.<br>Sobie.<br>Nie pytałem nikogo o pozwolenie.<br>Nie układałem w głowie scenariuszy, kto sobie beze mnie poradzi, kto mnie zastąpi i czy komuś przypadkiem nie zrobię problemu.<br>Kiedyś potrafiłem wręcz czuć się winny, że zachorowałem.<br>Dzisiaj brzmi to dla mnie absurdalnie.<br>A przecież ilu ludzi dokładnie tak żyje?<br>Idą do pracy chorzy.<br>Pracują z bólem.<br>Odkładają lekarza.<br>Przesuwają badania.<br>Biorą kolejną tabletkę.<br>Bo firma.<br>Bo zmiana.<br>Bo termin.<br>Bo kolega będzie miał więcej pracy.<br>Bo szef będzie niezadowolony.<br>Bo „jakoś to będzie”.<br>I tu właśnie zaczyna się problem.<br>Nie problem jednego pracodawcy czy jednego pracownika.<br>Problem sposobu myślenia.<br>Pracownik jest odpowiedzialny za swoją pracę. Powinien być uczciwy wobec firmy, zespołu i obowiązków.<br>Ale pracodawca zatrudnia człowieka do wykonywania pracy.<br>Nie kupuje jego zdrowia.<br>Firma musi działać również wtedy, gdy ktoś zachoruje.<br>Ktoś inny stanie przy stanowisku.<br>Ktoś odbierze telefon.<br>Ktoś poprowadzi samochód.<br>Ktoś wykona zadanie.<br>Człowieka w pracy można zastąpić.<br>Brzmi brutalnie?<br>Bo takie jest życie.<br>Ale jest druga strona tej prawdy:<br>człowiek może już nigdy nie odzyskać zdrowia, które po drodze stracił.<br>I chyba właśnie tego zbyt często nie chcemy zauważyć.<br>Nie wiem, kiedy nadejdzie mój koniec.<br>Nikt z nas nie wie.<br>Ja po prostu dostałem kiedyś bardzo mocne przypomnienie, że ten koniec naprawdę istnieje.<br>I dlatego coraz mniej chcę marnować energię na sprawy, które kiedyś wydawały mi się ogromne, a dzisiaj widzę je zupełnie inaczej.<br>Za pięćdziesiąt lat większości z nas już tutaj nie będzie.<br>Nie będzie gabloty z naszym zdjęciem i podpisem:<br>„Pracował mimo bólu.”<br>„Nigdy nie brał zwolnienia.”<br>„Zawsze przychodził, choć ledwo dawał radę.”<br>„Był niezastąpiony.”<br>Nie będzie medalu za to, że człowiek przez lata rozdawał siebie wszystkim, aż dla niego samego niewiele zostało.<br>Nie dostaniemy za to dodatkowych lat życia.<br>Dlatego mówię dzisiaj również do siebie:<br>Stop. Otwórz oczy. Włącz myślenie.<br>Nie namawiam nikogo do kombinowania, wykorzystywania zwolnień czy lekceważenia swoich obowiązków. Uczciwość działa w obie strony.<br>Mówię tylko:<br>nie traktuj siebie jak części zamiennej w maszynie.<br>Bo część można wymienić.<br>Człowieka na stanowisku też.<br>Ale zdrowie nie zawsze da się wymienić, naprawić czy odzyskać.<br>Moja historia jest tylko przykładem.<br>Nie receptą dla innych.<br>Przykładem człowieka, który kiedyś uważał, że jeszcze trochę wytrzyma. Że można poczekać. Że najpierw obowiązki, a później on sam.<br>I wiem już, dokąd takie myślenie potrafi zaprowadzić.<br>Dlatego podpisuję się pod tym dzisiaj bez żadnego wahania:<br>Praca jest częścią życia.<br>Nie życie częścią pracy.<br>A kiedy organizm mówi:<br>„Zrób coś”<br>— nie zawsze trzeba odpowiadać:<br>„Jeszcze trochę wytrzymam.”<br>Czasem najbardziej odpowiedzialną decyzją jest wreszcie posłuchać.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/praca-jest-czescia-zycia-nie-zycie-czescia-pracy-ile-trzeba-stracic-zeby-to-zrozumiec/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nie wszystko, co kiedyś mnie chroniło, służy mi dzisiaj</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/nie-wszystko-co-kiedys-mnie-chronilo-sluzy-mi-dzisiaj/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/nie-wszystko-co-kiedys-mnie-chronilo-sluzy-mi-dzisiaj/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 29 Aug 2026 18:57:11 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=121</guid>

					<description><![CDATA[Potrafię mocno w coś wierzyć, a jednocześnie nie potrafię przestać sprawdzać, czy na pewno mam rację. Jeszcze niedawno powiedziałbym po [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p class="wp-block-paragraph">Potrafię mocno w coś wierzyć, a jednocześnie nie potrafię przestać sprawdzać, czy na pewno mam rację. Jeszcze niedawno powiedziałbym po prostu: taki już jestem. Dzisiaj coraz rzadziej wystarcza mi taka odpowiedź. Coraz częściej pytam: dlaczego taki jestem? Dlaczego tak dużo analizuję ludzi? Dlaczego potrafię wychwycić zmianę tonu głosu, spojrzenie, napięcie w rozmowie? Dlaczego czasami wystarczy kilka słów, żebym zaczął zastanawiać się, co naprawdę dzieje się z drugim człowiekiem? Dlaczego lubię ludzi, a jednocześnie tak bardzo potrzebuję samotności? Dlaczego dużo łatwiej jest mi komuś pomóc niż samemu poprosić o pomoc? Nie znam jeszcze wszystkich odpowiedzi. I może nigdy ich nie poznam. Ale pierwszy raz w życiu naprawdę próbuję połączyć te wszystkie punkty.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Kiedyś widziałem je osobno. Dzieciństwo było dzieciństwem. Alkohol był alkoholem. Praca była pracą. Lata za kierownicą ciężarówki były po prostu sposobem na życie. Moja potrzeba samotności była cechą charakteru. Pomaganie ludziom było czymś, co po prostu lubię robić. Dzisiaj zaczynam dopuszczać myśl, że być może niektóre z tych rzeczy mają wspólny korzeń.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Jako dziecko bardzo wcześnie znalazłem się w świecie, którego nie do końca rozumiałem. Miałem osiem miesięcy, kiedy trafiłem pod opiekę dziadków na wieś. Nie pamiętam tego i nie będę opowiadał, co wtedy czułem, bo tego zwyczajnie nie wiem. Wiem natomiast, że później w domu też bywało różnie. Były sytuacje i doświadczenia, o których na razie nie chcę pisać szerzej tutaj. Przyjdzie na nie miejsce w książce. Mogę jednak powiedzieć jedno: <strong>to, w czym dorastałem, miało ogromny wpływ na człowieka, którym później się stawałem.</strong> Na moją potrzebę spokoju, samodzielność, sposób budowania relacji, reagowania na ludzi i na to, dlaczego tak często wybierałem ciszę zamiast hałasu.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Dzisiaj nie chcę już tylko mówić: „taki jestem”. Coraz bardziej interesuje mnie odpowiedź na pytanie: <strong>dlaczego taki jestem?</strong></p>



<p class="wp-block-paragraph">Nie chcę również rozstrzygać po latach, kto był winny rozpadowi związku moich rodziców. Nie było mnie przy ich rozmowach. Znam tylko wersje opowiedziane później. Co naprawdę wydarzyło się pomiędzy nimi — nie wiem. I nie zamierzam tego dopowiadać. <strong>Nie wiem, kto naprawdę był winny rozpadowi ich związku. Wiem tylko, że to dorośli podejmowali decyzje, a ja jako dziecko żyłem z ich konsekwencjami.</strong> To mi wystarcza.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Przez wiele lat próbowałem znajdować dobre strony tego, co przeżyłem. Na wsi nauczyłem się pracy. Została we mnie zaradność. Dzisiaj bardzo wiele rzeczy potrafię zrobić własnymi rękami. Naprawić samochód. Zrobić remont. Poradzić sobie tam, gdzie ktoś inny musiałby szukać pomocy. Długo mówiłem sobie, że może właśnie dzięki temu dzieciństwu jestem dzisiaj taki samodzielny. Tylko że z wiekiem zacząłem myśleć trochę inaczej. <strong>Wolałbym umieć jedną rzecz naprawdę dobrze i nie przeżyć części rzeczy, które przeżyłem jako dziecko.</strong> Nie wszystko musi mieć dobrą stronę. Nie każdą trudność trzeba przerabiać na piękną historię o tym, jak bardzo nas wzmocniła. Czasami pewne rzeczy po prostu zostawiają ślad. Dopiero później możemy zdecydować, co z tym śladem zrobimy.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Wieś dawała mi jednak coś, czego chyba bardzo potrzebowałem. Ciszę. Las. Łąkę. Pole. Pracę. Przestrzeń. Dzisiaj uwielbiam samotność. Zawsze uważałem, że to zwyczajnie moja natura. Być może częściowo tak jest. Ale ostatnio zadałem sobie inne pytanie: czy przypadkiem cisza nie stała się dla mnie kiedyś synonimem bezpieczeństwa? Nie wiem. Ale to pytanie zostało ze mną.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Później przez wiele lat jeździłem ciężarówką. Kabina. Droga. Ja i własne myśli. Dla jednych taka praca byłaby więzieniem. Mnie samotność za kierownicą nigdy nie przerażała. Może dlatego, że znałem ją dużo wcześniej. W kabinie ciężarówki świat był w pewien sposób prostszy. Była trasa, był cel, była praca do wykonania. Nawet jeżeli dookoła wszystko było obce, wiedziałem, co mam robić. Podobnie było z pracą fizyczną. Kiedy pracuję rękami, głowa przestaje na chwilę analizować.</p>



<p class="wp-block-paragraph">A moja głowa potrafi analizować naprawdę dużo. Czasami za dużo. Potrafię mocno w coś wierzyć i za chwilę sam sobie powiedzieć: a może jednak nie? Może źle to widzę? Może druga osoba ma rację? Może czegoś nie wiem? Dzisiaj nie traktuję tego już wyłącznie jako wady. Mógłbym stworzyć bardzo prostą historię własnego życia, w której ktoś był dobry, ktoś był zły, a ja jedynie ponosiłem konsekwencje cudzych decyzji. Tylko że życie rzadko jest aż tak proste.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Sam przecież później zacząłem popełniać własne błędy. Sam piłem alkohol. W pewnym momencie zacząłem powtarzać część świata, który znałem wcześniej. Mógłbym powiedzieć: wyniosłem to z domu. I pewnie miałoby to jakieś znaczenie. Ale był taki moment, kiedy nie byłem już dzieckiem. Byłem dorosłym facetem. Miałem własną rodzinę i musiałem zdecydować, czy nadal chcę iść tą drogą. Nie chciałem. Zatrzymałem się. Nie dlatego, że nagle zniknęły wszystkie problemy. Po prostu w pewnym momencie wiedziałem, że nie tędy droga. I to jest dla mnie dzisiaj bardzo ważna granica pomiędzy przeszłością a odpowiedzialnością. Mogę próbować zrozumieć, dlaczego coś pojawiło się w moim życiu, ale od pewnego momentu to ja odpowiadam za to, co z tym zrobię.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Coraz częściej wracam również do pytania o pomaganie. Bo nawet nie wiecie, jak bardzo pomagając innym, sam pomagam sobie. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej widzę, że moje pomaganie też nie jest takie proste. Lubię być potrzebny. Kiedy mogę coś zrobić, załatwić, zawieźć, naprawić, zorganizować — czuję się na swoim miejscu. I tutaj pojawiło się kolejne niewygodne pytanie: <strong>czy przez część życia nie było mi łatwiej być potrzebnym niż po prostu być kochanym?</strong></p>



<p class="wp-block-paragraph">Być potrzebnym jest łatwo zrozumieć. Ktoś ma problem, ja mogę coś zrobić, problem zostaje rozwiązany. Bliskość jest trudniejsza. Tam czasami nie ma nic do naprawienia. Nie ma śruby do odkręcenia, części do wymiany ani trasy do przejechania. Trzeba po prostu być. I nauczyć się, że człowiek może być ważny również wtedy, kiedy nie jest nikomu do niczego potrzebny.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Pomaganie innym daje mi coś bardzo ważnego. Kiedy widzę człowieka, któremu jest ciężko, trudno mi przejść obok. Kiedy mogę komuś dać choć trochę nadziei, zorganizować pomoc albo po prostu sprawić, że przez chwilę poczuje się mniej samotny, czuję, że to ma sens. Ale uczę się również, że nie mogę uratować wszystkich. Nie mogę brać odpowiedzialności za całe życie drugiego człowieka. Nie mogę niszczyć siebie, żeby udowodnić, że mi zależy. To też jest część zmiany.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Dużo mocniej zacząłem widzieć te rzeczy po chorobie. Nie chcę pisać, że choroba była mi potrzebna. Nie była. Ale zmieniła sposób, w jaki patrzę na czas. Wcześniej też zadawałem sobie pytania. Mam stare zapiski w zeszytach. Czasami próbowałem coś sobie poukładać, ale nigdy nie potrafiłem złożyć tego w całość. Życie zawsze było szybsze. Po chorobie zacząłem myśleć inaczej. Może dlatego, że pierwszy raz naprawdę poczułem, że czasu wcale nie musi być tyle, ile człowiek sobie wyobraża.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Dzisiaj nie wiem, ile go mam. Nikt z nas nie wie. Ale wiem, że nie chcę już tracić go na rzeczy, które niczego do mojego życia nie wnoszą. Chcę pisać. Chcę dokończyć książkę. Chcę zostawić historię prawdziwą — również tam, gdzie nie wyglądam w niej dobrze. Bez dopisywania. Bez poprawiania własnej przeszłości. Jeżeli czegoś nie pamiętam, napiszę, że nie pamiętam. Jeśli znam coś tylko z opowieści, napiszę, że znam to z opowieści. Jeżeli coś jest tylko moją dzisiejszą interpretacją, nie będę przedstawiał tego jako faktu.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Nie chcę napisać książki o winnych. Chcę napisać książkę o pytaniach. O tym, co człowiek niesie ze sobą przez życie, nawet kiedy wydaje mu się, że dawno zostawił pewne rzeczy za sobą. O tym, dlaczego czasami wybieramy samotność, dlaczego tak trudno nam zaufać, dlaczego potrzebujemy być potrzebni, dlaczego uciekamy w pracę, alkohol, drogę albo nieustanne działanie. I przede wszystkim o tym, czy rzeczywiście przez całe życie musimy pozostać tacy, jacy kiedyś nauczyliśmy się być.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Bo ostatnio jedna myśl wraca do mnie wyjątkowo często. <strong>Nie wszystko, co kiedyś pomagało mi sobie radzić, musi służyć mi również dzisiaj.</strong> Samodzielność może być siłą, ale może też sprawić, że człowiek nigdy nie poprosi o pomoc. Samotność może dawać spokój, ale może też stać się miejscem, w którym chowamy się przed ludźmi. Pomaganie może być czymś pięknym, ale może również sprawić, że własną wartość zaczynamy mierzyć tym, jak bardzo jesteśmy komuś potrzebni. Myślenie może chronić nas przed błędami, ale można analizować tak długo, aż przestaje się ufać samemu sobie.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Może właśnie dorosłość nie polega na tym, żeby odciąć się od tego, kim byliśmy. Może chodzi raczej o to, żeby wreszcie zobaczyć, co kiedyś było nam potrzebne, a dzisiaj stało się tylko ciężarem. <strong>Przez dużą część życia budowałem siłę z rzeczy, które kiedyś miały mnie tylko ochronić. Teraz uczę się odróżniać siłę od zbroi.</strong></p>



<p class="wp-block-paragraph">I chyba właśnie dlatego wracam dziś do przeszłości. Nie po to, żeby w niej zamieszkać. Wracam tam, żeby zrozumieć, czego nie chcę zabrać ze sobą dalej.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Bo choroba pokazała mi, że nie mam wpływu na początek swojej historii. <strong>Ale dopóki żyję, mam wpływ na jej dalszy ciąg.</strong></p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/nie-wszystko-co-kiedys-mnie-chronilo-sluzy-mi-dzisiaj/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Gdzie jest DIOZ? Ten koń zaraz padnie!</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/gdzie-jest-dioz-ten-kon-zaraz-padnie/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/gdzie-jest-dioz-ten-kon-zaraz-padnie/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 23 Aug 2026 16:02:29 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=105</guid>

					<description><![CDATA[Patrząc na zdjęcie powyżej, aż chciałoby się zapytać: gdzie jest DIOZ? Przecież ten koń zaraz padnie! Żart? Tak. Ale cała [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-large"><img loading="lazy" decoding="async" width="588" height="393" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/images-3755390549948859840.jpg" alt="" class="wp-image-104" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/images-3755390549948859840.jpg 588w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/images-3755390549948859840-300x201.jpg 300w" sizes="auto, (max-width: 588px) 100vw, 588px" /></figure>



<p class="wp-block-paragraph"><br><br>Patrząc na zdjęcie powyżej, aż chciałoby się zapytać: gdzie jest DIOZ? Przecież ten koń zaraz padnie! Żart? Tak. Ale cała reszta już nie bardzo mnie bawi.<br><br>Kocham zwierzęta. Szanuję ludzi, którzy wyciągają zagłodzone psy z melin, odbierają zwierzęta ludziom, którzy naprawdę się nad nimi znęcają, leczą je i szukają im nowych domów. Za takie działania organizacjom takim jak DIOZ należy się uznanie. Ale szacunek do czyjejś działalności nie oznacza, że mam bezkrytycznie przyjmować wszystko, co ta organizacja mówi i robi. A w sprawie koni wożących turystów w Tatrach coraz bardziej czegoś mi tu nie pasuje.<br><br>Koń od wieków był zwierzęciem pracującym<br><br>Przez setki lat konie orały pola, ciągnęły wozy, pracowały przy transporcie, w lasach, gospodarstwach i wojsku. Człowiek przez wieki hodował określone rasy właśnie po to, by były silne, wytrzymałe i zdolne do pracy.<br><br>Czy to oznacza, że wolno konia zamęczyć? Oczywiście, że nie. Jeżeli ktoś przeciąża zwierzę, bije je, nie zapewnia mu wody, odpoczynku, odpowiedniej paszy, opieki weterynaryjnej albo zmusza chore zwierzę do pracy — reagować należy natychmiast. Tylko że czym innym jest walka ze znęcaniem się nad zwierzęciem, a czym innym próba przekonania społeczeństwa, że sama praca konia jest już jego krzywdą.<br><br>Bo jeżeli pójdziemy tą drogą, to gdzie postawimy granicę? Czy koń może ciągnąć bryczkę? Czy może chodzić pod siodłem? Czy może startować w zawodach? Czy może pracować w hipoterapii? Czy może ciągnąć sanie? A może najlepiej, żeby każde zwierzę całe życie leżało na pastwisku, jadło i czekało na starość?<br><br>To nie jest już tylko dyskusja o ochronie zwierząt. To jest dyskusja o próbie napisania na nowo ich miejsca obok człowieka.<br><br>Fasiągi to nie wymysł sprzed pięciu lat<br><br>Transport konny na Podhalu nie powstał po to, żeby ktoś zrobił sobie atrakcję na Instagram. Jest częścią lokalnej tradycji, pracy i historii wielu rodzin. Nawet Tatrzański Park Narodowy, planując zmiany na trasie do Morskiego Oka, mówi o zachowaniu kulturowej funkcji transportu konnego. Jednocześnie przewozy podlegają regulaminom i kontroli dobrostanu zwierząt.<br><br>Dlatego mam problem z podejściem: „Nam się to nie podoba, więc należy tego zakazać”.<br><br>Nie. Najpierw pokażcie badania. Sprawdźcie konkretny zaprzęg, konkretnego konia i konkretnego właściciela. Jeżeli łamie przepisy — karać. Jeżeli przeciąża zwierzę — odsunąć konia od pracy. Jeżeli się nad nim znęca — odebrać mu zwierzę i postawić zarzuty. Ale nie róbmy przestępców z całej grupy ludzi tylko dlatego, że ktoś uznał, że koń ciągnący wóz musi cierpieć.<br><br>Tym bardziej że TPN oraz eksperci przedstawiali wyniki badań, według których kontrolowane konie pracujące na tej trasie nie wykazują przeciążeń uzasadniających twierdzenie, że sam system przewozów oznacza ich znęcanie.<br><br>„Koń padł”. I co z tego wynika?<br><br>W debacie regularnie pojawia się najmocniejsze emocjonalnie słowo: padł. Koń padł. I dla wielu osób na tym kończy się dyskusja. Tylko że śmierć zwierzęcia sama w sobie nie odpowiada jeszcze na pytanie, dlaczego umarło.<br><br>Jeżeli koń zmarł wskutek przeciążenia — ustalmy to. Jeżeli miał chorobę — powiedzmy o tym. Jeżeli zawinił człowiek — niech poniesie odpowiedzialność. Ale sam fakt śmierci nie jest automatycznie dowodem znęcania. Umierają konie rekreacyjne. Umierają psy śpiące na kanapach. Umierają zwierzęta żyjące na najlepszych pastwiskach. Umierają również ludzie, którzy jeszcze dzień wcześniej wydawali się zdrowi.<br><br>Śmierć jest częścią życia. O jej przyczynie powinny decydować fakty, badania i weterynarze, a nie najbardziej dramatyczny podpis pod filmem w mediach społecznościowych.<br><br>I tutaj zaczyna się pytanie o pieniądze<br><br>Do niedawna można było powiedzieć: DIOZ walczy o konie, ponieważ uważa, że należy zastąpić transport konny transportem elektrycznym. Mogę się z tym nie zgadzać, ale rozumiem takie stanowisko.<br><br>Tyle że teraz pojawia się coś jeszcze. Po spotkaniu w Zakopanem Starostwo Powiatowe oficjalnie informowało o propozycji bezpośredniego udziału DIOZ w świadczeniu usług transportowych z wykorzystaniem e-fasiągów.<br><br>I w tym momencie zapala mi się czerwona lampka.<br><br>Bo jeżeli organizacja najpierw bardzo głośno walczy o usunięcie istniejącego transportu konnego, a następnie pojawia się temat jej udziału w rozwiązaniu, które miałoby ten transport zastąpić, to mam pełne prawo zadać pytanie: czy nadal rozmawiamy wyłącznie o ochronie zwierząt?<br><br>Czy może zaczyna się również rozmowa o rynku przewozów, wpływach, o tym, kto będzie woził tysiące turystów i kto będzie na tym zarabiał?<br><br>Nie twierdzę, że znam odpowiedź. Ale po takich informacjach pytanie jest całkowicie zasadne. I przepraszam, ale mnie osobiście zaczyna to pachnieć nie tylko ratowaniem koni. Zaczyna pachnieć również biznesem.<br><br>Elektryczne nie znaczy automatycznie lepsze<br><br>Mam też coraz większy problem z przekonaniem, że jeżeli coś ma baterię, kabel i napis „eko”, to automatycznie oznacza postęp. W Tatrach już funkcjonuje transport elektryczny i można dyskutować, czy powinien być rozwijany. Można traktować go jako alternatywę. Można zmniejszać obciążenie koni, skracać trasę, zaostrzać badania weterynaryjne i jeszcze dokładniej kontrolować warunki pracy zwierząt. To jest rozmowa.<br><br>Ale dlaczego rozwiązaniem problemu ma być zawsze likwidacja tego, co istniało od pokoleń, i zastąpienie tego kolejnym pojazdem mechanicznym? Naprawdę wszystko musimy zamienić na silnik?<br><br>Za chwilę pojedziemy elektrycznym „fasiągiem”, który będzie udawał tradycyjny wóz, i wmówimy sobie, że właśnie uratowaliśmy kulturę Podhala. Tylko konia już w niej nie będzie.<br><br>A gdzie jesteśmy tam, gdzie nie ma kamer?<br><br>Jest jeszcze coś, co od dawna mnie zastanawia. W mediach społecznościowych regularnie widzę dramatyczne interwencje, zdjęcia rannych zwierząt, filmy, krzyk, emocje i apele o pieniądze. Rozumiem dlaczego. Dramatyczne obrazy przyciągają uwagę.<br><br>Ale równocześnie w Polsce działają schroniska, fundacje i małe organizacje, które regularnie proszą o karmę, leczenie czy pieniądze na podstawowe potrzeby zwierząt. I wtedy chciałbym zobaczyć równie wielką mobilizację. Nie tylko tam, gdzie można nagrać widowiskową interwencję. Nie tylko tam, gdzie temat trafi do ogólnopolskich mediów. Nie tylko tam, gdzie można urządzić protest.<br><br>Ochrona zwierząt zaczyna się także przy zwykłej misce z karmą, której nikt nie sfilmuje. Nie twierdzę przy tym, że DIOZ ma obowiązek finansować wszystkie schroniska w Polsce. Oczywiście, że nie ma. Pytam o coś innego: czy medialność problemu nie zaczęła mieć większego znaczenia niż sam problem?<br><br>Nie jestem przeciwko DIOZ. Jestem przeciwko świętym krowom<br><br>Nie zamierzam twierdzić, że wszystko, co robi DIOZ, jest złe. Bo nie jest. Widziałem wiele zwierząt, którym działalność takich organizacji realnie pomogła. I za to zawsze będę miał szacunek.<br><br>Ale żadna fundacja, stowarzyszenie, urząd, firma ani człowiek działający pod hasłem czynienia dobra nie otrzymuje ode mnie prawa do bycia poza krytyką. Dobry cel nie oznacza automatycznie, że każda metoda jest dobra. Ochrona zwierząt nie oznacza, że mamy zlikwidować każdą formę ich pracy. Emocjonalny film nie zastępuje badań. Protest nie zastępuje rozmowy. A hasło „robimy to dla zwierząt” nie powinno kończyć wszystkich pytań o pieniądze i interesy.<br><br>Dlatego zamiast krzyczeć, że każdy fiakier jest oprawcą, sprawdzajmy fakty. Kontrolujmy konie. Badajmy je. Pilnujmy warunków ich pracy. Karzmy ludzi, którzy naprawdę zwierzętom wyrządzają krzywdę. Ale nie niszczmy czegoś tylko dlatego, że współczesny aktywizm uznał, iż wie lepiej, jakie powinno być przeznaczenie zwierzęcia, które od setek lat żyło i pracowało obok człowieka.<br><br>Bo można walczyć o dobro zwierząt. Można również tak mocno uwierzyć we własną rację, że przestaje się słuchać kogokolwiek poza sobą.<br><br>A kiedy obok wielkich słów o ratowaniu zwierząt pojawia się możliwość udziału w przewozach, które mają zastąpić obecnych przewoźników, mam jedno pytanie:<br><br>czy naprawdę chodzi już tylko o konie?<br><br>Ja odpowiedzi nie znam. Ale zdecydowanie przestałem bać się tego pytania.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/gdzie-jest-dioz-ten-kon-zaraz-padnie/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Drzewo, które postanowiłem posadzić sam</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/drzewo-ktore-postanowilem-posadzic-sam/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/drzewo-ktore-postanowilem-posadzic-sam/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 21 Aug 2026 11:16:53 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=102</guid>

					<description><![CDATA[Każda rodzina ma swoje drzewo genealogiczne. Korzenie, z których wyrastamy. Pień, który powinien dawać oparcie. Gałęzie, do których należymy, nawet [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-large"><img loading="lazy" decoding="async" width="1024" height="768" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/fb_img_17873110024542149525781753467255-1024x768.jpg" alt="" class="wp-image-101" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/fb_img_17873110024542149525781753467255-1024x768.jpg 1024w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/fb_img_17873110024542149525781753467255-300x225.jpg 300w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/fb_img_17873110024542149525781753467255-768x576.jpg 768w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/fb_img_17873110024542149525781753467255.jpg 1448w" sizes="auto, (max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>



<p class="wp-block-paragraph">Każda rodzina ma swoje drzewo genealogiczne. Korzenie, z których wyrastamy. Pień, który powinien dawać oparcie. Gałęzie, do których należymy, nawet kiedy życie rozrzuci nas po różnych miejscach. Tak przynajmniej wygląda to na papierze. Nazwiska, daty, linie łączące ludzi — ojciec, matka, dziadkowie, dzieci, wnuki. Wszystko wydaje się proste. Tylko że życie nie zawsze mieści się w prostych liniach.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Miałem osiem miesięcy, kiedy zostałem oddany pod opiekę dziadków na wieś. Byłem zbyt mały, żeby cokolwiek z tego pamiętać. Nie mam w głowie obrazu tamtego dnia, nie pamiętam twarzy, rozmów ani chwili, w której mój świat zaczął wyglądać inaczej. Przez wiele lat można sobie tłumaczyć, że skoro dziecko czegoś nie pamięta, to może nie mogło mieć to większego znaczenia. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Dziecko nie musi pamiętać wydarzeń, żeby je przeżyć. Zanim nauczy się mówić, już uczy się świata. Uczy się, kto przychodzi, kiedy płacze, kto bierze je na ręce, kto znika, a kto wraca. Uczy się, czy głos drugiego człowieka oznacza bezpieczeństwo i czy można komuś zaufać. To są rzeczy, których później nie potrafimy przywołać jak zdjęcia z albumu, a jednak gdzieś w nas zostają.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Moim pierwszym światem byli dziadkowie i wieś. To tam dorastałem, tam powstawały moje pierwsze wspomnienia i tam byli ludzie, których widziałem każdego dnia. A jednocześnie gdzieś obok tego świata istniała mama. Ojca nie było. I chyba właśnie wtedy zaczęła się historia pytań, których mały chłopiec nie potrafił jeszcze nazwać. Kto właściwie jest kim? Dlaczego mieszkam tutaj? Dlaczego nie mieszkam z mamą? Dlaczego inni mają tatę, a ja nie? Dlaczego jedni ludzie są bliscy, choć formalnie nie są rodzicami, a inni są rodziną, choć nie ma ich obok? Nie zamierzam dzisiaj tłumaczyć każdego swojego zachowania dzieciństwem. Byłoby to zbyt proste. Człowiek składa się z tysięcy doświadczeń, decyzji, błędów i przypadków. Ale jednego jestem pewien — więź nie rodzi się z nazwiska. Więź rodzi się z obecności.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Rodzinne więzi budują się przez tysiące zwyczajnych dni. Przez wspólne śniadania, rozmowy, kłótnie i pogodzenia. Przez poczucie, że ktoś jest obok rano i wieczorem, że pyta, słucha, czasami się złości, ale później wraca. Że można do niego przyjść, kiedy wszystko się wali. Krew może łączyć ludzi biologicznie, ale bliskość trzeba zbudować. I być może właśnie dlatego przez dużą część życia tak trudno było mi odnaleźć swoje miejsce w tej najbliższej rodzinie. Nie dlatego, że nie wiedziałem, kto jest moją mamą, siostrą czy ojcem. Wiedziałem. Tylko że wiedzieć, kim ktoś jest, a czuć, że jest bliski, to dwie zupełnie różne rzeczy.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Przez lata próbowałem tę różnicę zasypywać. Pomagałem, przyjeżdżałem, załatwiałem, woziłem, pożyczałem pieniądze. Byłem tam, kiedy ktoś mnie potrzebował. Długo uważałem, że tak właśnie powinno wyglądać bycie rodziną. Rodzina to rodzina — tak się mówi. Trzeba wybaczać, wracać, przymykać oczy, tłumaczyć cudze zachowania. Czasem nawet udawać, że coś nie boli, bo przecież więzów krwi się nie zrywa. Z czasem zacząłem jednak rozumieć, że nie chodzi o zrywanie. Chodzi o prawdę. Można mieć z kimś wspólną krew i jednocześnie nie mieć z nim prawdziwej więzi. Można kochać człowieka, a jednak nie czuć się przy nim blisko. Można wybaczyć i jednocześnie przestać pozwalać się ranić. Można nie żywić nienawiści, ale też przestać udawać, że wszystko jest dobrze.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Dojście do tego zajęło mi wiele lat. Być może dlatego, że gdzieś głęboko cały czas próbowałem zasłużyć na swoje miejsce. Może dlatego tak łatwo było mi pomagać. Może dlatego tak trudno było mi czasem powiedzieć „nie”. Jeśli będę potrzebny, to może będę również ważny. Dzisiaj widzę, jak niebezpieczna potrafi być taka zamiana. Być potrzebnym to nie to samo co być kochanym. Być użytecznym to nie to samo co być bliskim. W pewnym momencie zamiast pytać, dlaczego nie dostałem pewnych rzeczy, zacząłem więc zadawać sobie inne pytanie: co ja chcę dać dalej?</p>



<p class="wp-block-paragraph">I wtedy po raz pierwszy naprawdę zobaczyłem swoje własne drzewo. Nie to zapisane w dokumentach, ale to, które sam zacząłem tworzyć. Swoją rodzinę. Swoje dzieci. Dom. Relacje, za które nie odpowiadali już moi rodzice ani dziadkowie. Za które odpowiadałem ja. I właśnie wtedy zrozumiałem, dlaczego pewne rzeczy zawsze były dla mnie tak ważne: obecność, lojalność, uczciwość, szacunek, dotrzymywanie słowa, przebaczenie i zwykłe poczucie, że przy drugim człowieku można być sobą. Być może najbardziej cenimy właśnie to, czego sami kiedyś najbardziej potrzebowaliśmy.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Nie chciałem stworzyć idealnej rodziny, bo dzisiaj wiem, że coś takiego nie istnieje. Sam popełniłem wiele błędów. Powiedziałem słowa, których nie powinienem powiedzieć. Czasami czegoś nie zauważyłem, czasami byłem zbyt zajęty sobą, czasami uważałem, że wiem lepiej. Nie zawsze byłem takim ojcem, mężem czy człowiekiem, jakim chciałem być. Ale jest ogromna różnica między niedoskonałością a nieobecnością. Można popełnić błąd i wrócić. Można przeprosić. Można spróbować naprawić to, co się zepsuło. Można powiedzieć: „Nie wiedziałem. Teraz rozumiem”. I chyba właśnie tego najbardziej chciałem dla swojego drzewa.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Chciałem, żeby moje dzieci wiedziały, że mają ojca. Nie nazwisko zapisane w dokumentach. Nie człowieka widniejącego gdzieś na gałęzi rodzinnego drzewa. Ojca. Człowieka, który czasami się myli, czasami nie rozumie, czasami jest zmęczony, ale jest. Chciałem, żeby w moim domu człowiek nie musiał zasługiwać na miłość. Żeby nie trzeba było być potrzebnym, aby być ważnym. Żeby uczucia nie były nagrodą za dobre zachowanie. Żeby można było powiedzieć: „Nie daję rady”, „Boję się”, „Popełniłem błąd”, „Potrzebuję cię” — i nie stracić przez to swojego miejsca.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Być może właśnie dlatego tak wiele znaczy dla mnie lojalność i zwykła obecność. Dlatego mocniej niż inni przeżywam obojętność. Dlatego tak wiele znaczy dla mnie proste „jestem”. Znam bowiem również drugą stronę. Znam uczucie zastanawiania się, czy dla kogoś naprawdę jestem ważny, czy tylko akurat potrzebny. Nie chcę jednak przekazać tego pytania dalej. Nie chcę, żeby moje dzieci, a kiedyś może wnuki, nosiły w sobie ten sam ciężar. Nie chcę przekazać im żalu, poczucia odrzucenia ani przekonania, że na swoje miejsce w rodzinie trzeba sobie zasłużyć. Nie chcę, żeby kolejne gałęzie mojego drzewa wyrastały ze strachu, obowiązku albo emocjonalnego długu. Chcę, żeby rosły z miłości.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Nie chodzi mi przy tym o miłość z obrazka. Nie o rodzinę uśmiechniętą przy świątecznym stole, podczas gdy przez resztę roku każdy żyje osobno. Chodzi mi o miłość zwyczajną. Czasem zmęczoną. Czasem zdenerwowaną. Czasem milczącą. Ale prawdziwą. Taką, która zostaje również wtedy, kiedy drugi człowiek przestaje być wygodny. Taką, w której można się pokłócić, ale nie trzeba bać się, że jedno słowo przekreśli lata wspólnego życia. Taką, w której drugi człowiek wie, że nie musi grać żadnej roli, żeby nadal należeć do rodziny.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Dzisiaj nie potrafię cofnąć się do tamtego ośmiomiesięcznego chłopca. Nie mogę go wziąć na ręce ani wytłumaczyć mu, dlaczego jego życie potoczyło się właśnie tak. Nie mogę powiedzieć mu, dlaczego nie ma obok ojca. Nie mogę odpowiedzieć na wszystkie pytania, które pojawią się w nim później. Mogę jednak zrobić dla niego coś innego. Mogę sprawić, żeby jego historia nie skończyła się na tym, czego mu zabrakło. Mogę sprawić, żeby z tego braku wyrosło również coś dobrego. Może właśnie na tym polega dorosłość — nie na tym, że przestajemy pamiętać o swoich ranach, ale na tym, że przestajemy nimi ranić następnych ludzi.</p>



<p class="wp-block-paragraph">W pewnym momencie człowiek musi spojrzeć wstecz i zdecydować, co z tej historii zabierze dalej. Mógłbym przez resztę życia opowiadać o tym, czego nie dostałem, kto powinien był być obok, kto zawiódł i kto zachował się inaczej, niż tego potrzebowałem. Tylko co by z tego zostało? Jeszcze więcej żalu. Jeszcze jeden człowiek niosący stary ciężar. Dlatego wolę powiedzieć sobie: na mnie ten fragment historii się kończy. Nie przekażę go dalej.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Nie zawsze możemy zdecydować, z jakiego drzewa pochodzimy. Nie wybieramy rodziców, dzieciństwa, pierwszych lat życia ani ludzi, którzy pojawią się wtedy wokół nas. Nie mamy wpływu na to, jakie emocje i doświadczenia zostaną zapisane w nas, zanim w ogóle nauczymy się je nazywać. Ale później przychodzi moment, kiedy sami stajemy się korzeniami dla innych. I wtedy wybór należy już do nas. Możemy przekazać dalej dokładnie to, co sami dostaliśmy — również chłód, brak, niedopowiedzenia i żal. Albo możemy spróbować zbudować coś nowego.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Ja właśnie tego chciałem. Posadzić własne drzewo. Może nie jest idealne. Może ma połamane gałęzie. Może niektóre miejsca trzeba było przez lata wzmacniać. Ale jest moje. I dopóki będę żył, będę go strzegł. Nie przed światem, lecz przed obojętnością, dumą, milczeniem i przekonaniem, że skoro jesteśmy rodziną, to nie musimy już o siebie dbać. Będę pilnował, żeby w jego korzeniach zostało to, o czym sam kiedyś marzyłem: miłość, szacunek, uczciwość, lojalność, przebaczenie, obecność i pewność, że człowiek nie musi niczego udowadniać, żeby mieć swoje miejsce.</p>



<p class="wp-block-paragraph">Bo może nie zawsze możemy zdecydować, z jakiego drzewa pochodzimy. Ale możemy zdecydować, jakie drzewo zostawimy po sobie.</p>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/drzewo-ktore-postanowilem-posadzic-sam/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Przyszedł moment, żeby definitywnie odciąć to, co zabiera mi spokój</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/przyszedl-moment-zeby-definitywnie-odciac-to-co-zabiera-mi-spokoj/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/przyszedl-moment-zeby-definitywnie-odciac-to-co-zabiera-mi-spokoj/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 18 Aug 2026 13:57:08 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=96</guid>

					<description><![CDATA[Od czasu choroby wiele razy mówiłem sobie, że dostałem drugą szansę i chcę zacząć żyć inaczej. Tylko z czasem zrozumiałem, [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-large"><img loading="lazy" decoding="async" width="1024" height="683" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_00000000b83881f4b1b1acc2d1e1a4dc9094091593912762190-1024x683.png" alt="" class="wp-image-95" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_00000000b83881f4b1b1acc2d1e1a4dc9094091593912762190-1024x683.png 1024w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_00000000b83881f4b1b1acc2d1e1a4dc9094091593912762190-300x200.png 300w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_00000000b83881f4b1b1acc2d1e1a4dc9094091593912762190-768x512.png 768w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_00000000b83881f4b1b1acc2d1e1a4dc9094091593912762190.png 1536w" sizes="auto, (max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>



<p class="wp-block-paragraph">Od czasu choroby wiele razy mówiłem sobie, że dostałem drugą szansę i chcę zacząć żyć inaczej. Tylko z czasem zrozumiałem, że powiedzieć „zaczynam nowe życie” jest znacznie łatwiej, niż naprawdę coś w tym życiu zmienić. Pewne rzeczy nadal ciągną się za nami latami, pewnych ludzi wciąż próbujemy tłumaczyć, a decyzje, które powinniśmy podjąć dawno temu, odkładamy na później. Chyba właśnie kilka dni temu jedno z takich „później” w moim życiu dobiegło końca.<br>Na tamten dzień miałem zaplanowany piętnastokilometrowy marsz. Chciałem w ten sposób zwrócić uwagę na zbiórkę dla chorego dziecka i zebrać choć trochę pieniędzy potrzebnych na jego rehabilitację. Nie zakładałem żadnych rekordów i nie oczekiwałem wielkich kwot. Pomyślałem po prostu, że skoro mogę zrobić coś, co być może zachęci kilka osób do wpłaty albo udostępnienia zbiórki, to warto spróbować.<br>Od rana miałem naprawdę dużo dobrej energii. Cieszyłem się na tę drogę, mimo że wiedziałem, iż dla mnie te piętnaście kilometrów nie będzie zwykłym spacerem. Jeszcze większą niespodzianką było dla mnie to, że kawałek trasy postanowił przejść ze mną mój syn. Nie prosiłem go o to i zupełnie się tego nie spodziewałem. Dla kogoś może to być drobiazg, ale dla mnie miało to znaczenie. Zwyczajnie cieszyłem się, że przez jakiś czas będziemy szli obok siebie. Dostałem wtedy chyba jeszcze więcej energii i pomyślałem, że zapowiada się naprawdę dobry dzień.<br>Niestety w trakcie marszu wydarzyła się sytuacja, której szczegółów nie chcę tutaj opisywać. Nie dlatego, że mam coś do ukrycia. Po prostu nie wszystko, co dzieje się w naszym życiu, musi zostać publicznie rozłożone na części. Nie chcę również nikogo rozliczać za pomocą bloga. Ważniejsze jest dla mnie to, co ta sytuacja zrobiła ze mną i co pozwoliła mi ostatecznie zrozumieć.<br>W jednej chwili gdzieś uleciała duża część tej dobrej energii, z którą rano ruszałem z domu. Nadal szedłem, kilometry mijały, nogi robiły swoje, ale myślami byłem już zupełnie gdzie indziej. Im dłużej szedłem, tym bardziej docierało do mnie, że to, co właśnie się wydarzyło, nie jest wcale pojedynczym zdarzeniem, nad którym za kilka godzin przejdę do porządku dziennego. To była raczej kropka nad „i” w czymś, co od dłuższego czasu miałem z tyłu głowy.<br>Przez wiele lat za długo trzymałem przy sobie ludzi, których powinienem był wypuścić ze swojego życia wcześniej. Tłumaczyłem ich zachowanie, przypominałem sobie dobre chwile, mówiłem sobie, że przecież znamy się od dawna, że może następnym razem będzie inaczej. Czasem człowiek pamięta również, ile sam zrobił dla drugiej osoby, i gdzieś podświadomie oczekuje, że to będzie coś znaczyło. Nie zawsze znaczy.<br>Są ludzie, którzy doskonale wiedzą, gdzie nas znaleźć, kiedy jesteśmy im potrzebni. Potrafią być blisko, gdy możemy coś dla nich zrobić, pomóc, załatwić albo zwyczajnie być pod ręką. Gorzej, kiedy role się odwracają albo kiedy jedyne, czego od nich oczekujemy, to zwykły szacunek.<br>Nie chcę już takich relacji.<br>Nie chodzi mi o ludzi, którzy mają inne zdanie niż ja. Nie chcę otaczać się osobami, które będą mi tylko przytakiwały. Sam również popełniam błędy, potrafię powiedzieć coś za ostro, mogę się z kimś pokłócić. To jest życie. Różnica zdań czy nawet konflikt nie muszą kończyć relacji. Czym innym jest jednak sytuacja, w której czyjaś obecność regularnie pozostawia po sobie chaos, napięcie, żal i emocjonalny ciężar na kolejne godziny albo dni.<br>I właśnie tutaj postawiłem sobie granicę.<br>Od tego dnia chcę definitywnie odcinać od swojego życia ludzi, którzy zamiast dobra wnoszą do niego ciągły niepokój. Bez kolejnych powrotów, bez zostawiania uchylonych drzwi tylko dlatego, że znamy się od wielu lat. Nawet nie patrząc na więzy krwi.<br>Nie piszę tego w gniewie i nie chodzi mi o zemstę. Nikomu nie życzę źle i nie potrzebuję udowadniać, że to ja mam rację. Ktoś może mieć zupełnie inną wersję wydarzeń i ma do tego prawo. Ja natomiast mam prawo zdecydować, kogo chcę mieć blisko siebie.<br>Bo spokój, o którym mówię, nie dotyczy tylko mnie. Jeśli pozwalam komuś wyprowadzić się z równowagi, a później przez kilka godzin albo kilka dni chodzę z tym w głowie, wracam z tym wszystkim do własnego domu. Mogę milczeć i próbować niczego po sobie nie pokazywać, ale nie da się zdjąć emocji razem z kurtką w przedpokoju. Mojego napięcia nie powinny później odczuwać osoby, które niczym sobie na to nie zasłużyły.<br>Dlatego ochrona własnego spokoju jest dla mnie również ochroną spokoju mojego domu.<br>Tamtego dnia nadal szedłem przed siebie. W pewnym momencie samo dojście do celu stało się już niemal formalnością. Nie dlatego, że było łatwo fizycznie, ale dlatego, że dużo większa droga odbywała się wtedy w mojej głowie. Kiedy doszedłem do ostatniego podejścia, wiedziałem już, że nie zawrócę. Dotarłem tam, gdzie planowałem, ale emocjonalnie byłem w zupełnie innym miejscu niż kilka godzin wcześniej, kiedy ruszałem z domu obok mojego syna.<br>Po powrocie również nie potrafiłem od razu tego zostawić. Myślałem o całej sytuacji jeszcze długo i tak naprawdę część tych emocji siedzi we mnie do dzisiaj. Dziś jednak patrzę na nie trochę spokojniej.<br>Duża w tym zasługa bardzo serdecznej mi osoby, która napisała do mnie i opisała swoje spojrzenie na podobne sytuacje. Nie powiedziała mi, co mam zrobić. Nie dostałem żadnej instrukcji ani gotowego rozwiązania. I właśnie dlatego ta wiadomość była dla mnie cenna. Mogłem przeczytać spokojne słowa kogoś stojącego z boku, przepuścić je przez własne doświadczenie i samemu zdecydować, co z nich zabieram dla siebie.<br>Czasem chyba właśnie tego człowiek potrzebuje najbardziej. Nie kogoś, kto podejmie za niego decyzję, ale kogoś, kto pomoże mu zobaczyć sytuację z innej perspektywy.<br>Po chorobie bardzo chciałem wierzyć, że od razu stanę się innym człowiekiem. Że będę bardziej doceniał życie, mniej się przejmował i nie będę już tracił czasu na rzeczy nieważne. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Stare przyzwyczajenia, relacje i sposób myślenia nie znikają tylko dlatego, że człowiek pewnego dnia wyszedł ze szpitala i dostał kolejną szansę.<br>Mnie dojście do niektórych rzeczy zajęło kilka lat.<br>Mam dziś pięćdziesiąt jeden lat i znacznie mocniej niż kiedyś czuję, że liczba dni, które mamy przed sobą, nie jest nieskończona. Nie piszę tego smutno ani dramatycznie. To po prostu fakt, który po tym, co przeszedłem, odbieram trochę inaczej niż kiedyś.<br>I właśnie dlatego szkoda mi czasu na ciągłe konflikty, analizowanie cudzych słów, próby ratowania relacji, które od dawna ratuje tylko jedna strona, i zastanawianie się, czy komuś znowu powinienem dać kolejną szansę.<br>Chcę żyć po swojemu. Nie idealnie i nie bez problemów, bo takiego życia nie ma. Chcę mieć obok ludzi, z którymi mogę się nawet nie zgadzać, ale między nami nadal pozostanie szacunek. Chcę mieć czas dla siebie i dla tych, którzy naprawdę są mi bliscy. Chcę wracać do własnego domu z możliwie spokojną głową.<br>I paradoksalnie tamtego dnia, który miał być tylko piętnastokilometrowym marszem w dobrej sprawie, dostałem jeszcze jedną lekcję.<br>Nie chcę, żeby jedna przykra sytuacja odebrała mi wspomnienie całego tego dnia. Był przecież poranek, na który czekałem. Była dobra energia. Był mój syn, który niespodziewanie ruszył ze mną. Byli ludzie wspierający zbiórkę i był cel, dla którego postanowiłem przejść te kilometry. To wszystko nadal było dobre i nie zamierzam pozwolić, żeby zachowanie jednego człowieka mi to odebrało.<br>Ale tamtego dnia wydarzyło się też coś we mnie.<br>Postawiłem w końcu kropkę tam, gdzie przez zbyt długi czas stawiałem przecinek.<br>Może właśnie na tym naprawdę polega rozpoczęcie nowego życia po chorobie. Nie na wielkich deklaracjach i ciągłym powtarzaniu, że teraz wszystko będzie inaczej. Czasami trzeba po prostu podjąć decyzję, której wcześniej brakowało nam odwagi podjąć.<br>Ja swoją podjąłem.<br>Nie chcę już poświęcać własnego spokoju tylko po to, żeby za wszelką cenę zatrzymać w swoim życiu ludzi, których dawno powinienem był z niego wypuścić.</p>



<ul class="wp-block-social-links is-layout-flex wp-block-social-links-is-layout-flex"><li class="wp-social-link wp-social-link-wordpress wp-block-social-link"><a href="https://wordpress.org" class="wp-block-social-link-anchor" target="_blank" rel="noopener"><svg width="24" height="24" viewBox="0 0 24 24" version="1.1" xmlns="http://www.w3.org/2000/svg" aria-hidden="true" focusable="false"><path d="M12.158,12.786L9.46,20.625c0.806,0.237,1.657,0.366,2.54,0.366c1.047,0,2.051-0.181,2.986-0.51 c-0.024-0.038-0.046-0.079-0.065-0.124L12.158,12.786z M3.009,12c0,3.559,2.068,6.634,5.067,8.092L3.788,8.341 C3.289,9.459,3.009,10.696,3.009,12z M18.069,11.546c0-1.112-0.399-1.881-0.741-2.48c-0.456-0.741-0.883-1.368-0.883-2.109 c0-0.826,0.627-1.596,1.51-1.596c0.04,0,0.078,0.005,0.116,0.007C16.472,3.904,14.34,3.009,12,3.009 c-3.141,0-5.904,1.612-7.512,4.052c0.211,0.007,0.41,0.011,0.579,0.011c0.94,0,2.396-0.114,2.396-0.114 C7.947,6.93,8.004,7.642,7.52,7.699c0,0-0.487,0.057-1.029,0.085l3.274,9.739l1.968-5.901l-1.401-3.838 C9.848,7.756,9.389,7.699,9.389,7.699C8.904,7.67,8.961,6.93,9.446,6.958c0,0,1.484,0.114,2.368,0.114 c0.94,0,2.397-0.114,2.397-0.114c0.485-0.028,0.542,0.684,0.057,0.741c0,0-0.488,0.057-1.029,0.085l3.249,9.665l0.897-2.996 C17.841,13.284,18.069,12.316,18.069,11.546z M19.889,7.686c0.039,0.286,0.06,0.593,0.06,0.924c0,0.912-0.171,1.938-0.684,3.22 l-2.746,7.94c2.673-1.558,4.47-4.454,4.47-7.771C20.991,10.436,20.591,8.967,19.889,7.686z M12,22C6.486,22,2,17.514,2,12 C2,6.486,6.486,2,12,2c5.514,0,10,4.486,10,10C22,17.514,17.514,22,12,22z"></path></svg><span class="wp-block-social-link-label screen-reader-text">WordPress</span></a></li>







</ul>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/przyszedl-moment-zeby-definitywnie-odciac-to-co-zabiera-mi-spokoj/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Obojętność – cicha choroba naszych czasów</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/obojetnosc-cicha-choroba-naszych-czasow/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/obojetnosc-cicha-choroba-naszych-czasow/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 17 Aug 2026 06:58:55 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=88</guid>

					<description><![CDATA[Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się, że obojętność dotyczy głównie świata wokół nas. Dziś widzę, że przeniknęła także do [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p class="wp-block-paragraph">Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się, że obojętność dotyczy głównie świata wokół nas. Dziś widzę, że przeniknęła także do internetu i mediów społecznościowych.<br />To tylko moje obserwacje. Nie twierdzę, że wszyscy tacy są. Znam ludzi życzliwych, empatycznych i gotowych bezinteresownie pomóc. Mam jednak wrażenie, że jest ich coraz mniej.<br />W mediach społecznościowych codziennie przewijamy dziesiątki historii. Ktoś dzieli się sukcesem, ktoś prosi o wsparcie, a ktoś inny opisuje trudny moment swojego życia. Często przesuwamy ekran dalej. Nie dlatego, że jesteśmy źli. Raczej dlatego, że przyzwyczailiśmy się do nadmiaru informacji i cudzych emocji.<br />Podobnie bywa w codziennym życiu. Coraz rzadziej pytamy: „Jak się czujesz?”. Coraz rzadziej zatrzymujemy się, żeby naprawdę wysłuchać drugiego człowieka. Żyjemy szybko, mamy własne problemy i łatwo zapomnieć, że ktoś obok może właśnie przeżywać najtrudniejszy okres swojego życia.<br />Po własnych doświadczeniach wiem, jak wiele może znaczyć jedno dobre słowo, zwykła wiadomość czy telefon z pytaniem: „Co u Ciebie?”. Tak niewiele kosztuje, a dla drugiego człowieka może znaczyć naprawdę wiele.<br />Nie zmienimy całego świata. Możemy jednak zdecydować, że sami nie będziemy obojętni. Każdy z nas ma wpływ na to, jak traktuje ludzi – zarówno twarzą w twarz, jak i po drugiej stronie ekranu.<br />Może właśnie od takich małych gestów zaczyna się zmiana.<br />A Ty, jakie masz doświadczenia? Czy również masz wrażenie, że obojętność staje się coraz bardziej powszechna, czy widzisz to inaczej?</p>



<figure class="wp-block-image size-large"><img loading="lazy" decoding="async" width="1024" height="683" src="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_0000000027ec81f4983c7658978b2daf4828508857790122054-1024x683.png" alt="" class="wp-image-90" srcset="https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_0000000027ec81f4983c7658978b2daf4828508857790122054-1024x683.png 1024w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_0000000027ec81f4983c7658978b2daf4828508857790122054-300x200.png 300w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_0000000027ec81f4983c7658978b2daf4828508857790122054-768x512.png 768w, https://jacekwisniewski.com.pl/wp-content/uploads/2026/08/file_0000000027ec81f4983c7658978b2daf4828508857790122054.png 1536w" sizes="auto, (max-width: 1024px) 100vw, 1024px" /></figure>
]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/obojetnosc-cicha-choroba-naszych-czasow/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Kontakt.</title>
		<link>https://jacekwisniewski.com.pl/kontakt/</link>
					<comments>https://jacekwisniewski.com.pl/kontakt/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Jacek Wiśniewski]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 10 Aug 2026 17:51:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Refleksje]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://jacekwisniewski.com.pl/?p=26</guid>

					<description><![CDATA[]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[]]></content:encoded>
					
					<wfw:commentRss>https://jacekwisniewski.com.pl/kontakt/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
