Pracować z bólem można.
Chodzić z bólem też można.
Można brać garściami tabletki, zaciskać zęby i codziennie powtarzać sobie:
„Jeszcze trochę wytrzymam.”
Tylko czy naprawdę o to chodzi?
Ja już tę drogę przeszedłem.
Cztery lata temu miałem wielki finał własnej głupoty. I nie piszę tego po to, żeby się biczować. Piszę dlatego, że podobną głupotę popełnia mnóstwo ludzi.
Bo przecież trzeba pracować.
Jeszcze chodzę.
Jeszcze dam radę.
Wezmę tabletkę.
Może to nic takiego.
Poczekam do weekendu.
Poczekam do urlopu.
Żeby nie komplikować. Żeby nikogo nie zawieść. Żeby być tym „porządnym pracownikiem”, który zawsze jest.
Tylko dziś zadaję sobie jedno pytanie:
Kto mądry i dojrzały czeka na urlop po to, żeby zacząć się badać albo leczyć?
Ludzie czekają na urlop, żeby odpocząć. Pojechać gdzieś. Polecieć. Spędzić czas z rodziną. Złapać trochę oddechu.
Ja też kiedyś czekałem.
I rzeczywiście poleciałem.
Tylko nie samolotem.
Poleciałem na stół operacyjny. Dwa razy w ciągu miesiąca. A zamiast wakacyjnego kierunku „przywitał” mnie nowotwór.
Tak wyglądał mój finał odkładania siebie na później.
Mógłbym teraz napisać, że od tamtej chwili wszystko zrozumiałem. Że choroba całkowicie mnie zmieniła, zacząłem idealnie dbać o siebie i już nigdy nie popełniłem tego samego błędu.
Nie napiszę tego.
Bo to nieprawda.
Zbyt wiele mnie wtedy jeszcze nie nauczyła.
Badania, które musiałem robić, robiłem. Kontrole również. Ale nadal nie słuchałem własnego ciała tak, jak powinienem.
A organizm zwykle mówi wcześniej.
Najpierw cicho.
Daje sygnały. Próbuje powiedzieć:
„Coś się dzieje. Zrób coś.”
Tylko człowiek ma niesamowitą zdolność zagłuszania tych komunikatów.
Tabletką.
Kawą.
Obowiązkami.
Pracą.
Terminami.
I najgroźniejszym zdaniem:
„Jeszcze trochę.”
Jakby nasze ciało miało obowiązek poczekać, aż skończymy projekt, zmianę, remont, miesiąc czy rok.
Nie ma takiego obowiązku.
Od czasu mojej wewnętrznej zmiany wiele razy mówiłem sobie:
„Teraz już naprawdę zadbam o siebie.”
I co?
Papierosy rzuciłem. Na trzy miesiące.
Dla mnie osobiście to porażka. Nie będę jej opakowywał w motywacyjne hasła.
Bo można pięknie mówić o zmianie, świadomości i drugim życiu.
A później przychodzi zwykła codzienność i właśnie wtedy okazuje się, ile z tych deklaracji naprawdę zostało w człowieku.
Teraz jednak coś się we mnie zmieniło.
Powiedziałem:
STOP.
Nie komuś.
Sobie.
Nie pytałem nikogo o pozwolenie.
Nie układałem w głowie scenariuszy, kto sobie beze mnie poradzi, kto mnie zastąpi i czy komuś przypadkiem nie zrobię problemu.
Kiedyś potrafiłem wręcz czuć się winny, że zachorowałem.
Dzisiaj brzmi to dla mnie absurdalnie.
A przecież ilu ludzi dokładnie tak żyje?
Idą do pracy chorzy.
Pracują z bólem.
Odkładają lekarza.
Przesuwają badania.
Biorą kolejną tabletkę.
Bo firma.
Bo zmiana.
Bo termin.
Bo kolega będzie miał więcej pracy.
Bo szef będzie niezadowolony.
Bo „jakoś to będzie”.
I tu właśnie zaczyna się problem.
Nie problem jednego pracodawcy czy jednego pracownika.
Problem sposobu myślenia.
Pracownik jest odpowiedzialny za swoją pracę. Powinien być uczciwy wobec firmy, zespołu i obowiązków.
Ale pracodawca zatrudnia człowieka do wykonywania pracy.
Nie kupuje jego zdrowia.
Firma musi działać również wtedy, gdy ktoś zachoruje.
Ktoś inny stanie przy stanowisku.
Ktoś odbierze telefon.
Ktoś poprowadzi samochód.
Ktoś wykona zadanie.
Człowieka w pracy można zastąpić.
Brzmi brutalnie?
Bo takie jest życie.
Ale jest druga strona tej prawdy:
człowiek może już nigdy nie odzyskać zdrowia, które po drodze stracił.
I chyba właśnie tego zbyt często nie chcemy zauważyć.
Nie wiem, kiedy nadejdzie mój koniec.
Nikt z nas nie wie.
Ja po prostu dostałem kiedyś bardzo mocne przypomnienie, że ten koniec naprawdę istnieje.
I dlatego coraz mniej chcę marnować energię na sprawy, które kiedyś wydawały mi się ogromne, a dzisiaj widzę je zupełnie inaczej.
Za pięćdziesiąt lat większości z nas już tutaj nie będzie.
Nie będzie gabloty z naszym zdjęciem i podpisem:
„Pracował mimo bólu.”
„Nigdy nie brał zwolnienia.”
„Zawsze przychodził, choć ledwo dawał radę.”
„Był niezastąpiony.”
Nie będzie medalu za to, że człowiek przez lata rozdawał siebie wszystkim, aż dla niego samego niewiele zostało.
Nie dostaniemy za to dodatkowych lat życia.
Dlatego mówię dzisiaj również do siebie:
Stop. Otwórz oczy. Włącz myślenie.
Nie namawiam nikogo do kombinowania, wykorzystywania zwolnień czy lekceważenia swoich obowiązków. Uczciwość działa w obie strony.
Mówię tylko:
nie traktuj siebie jak części zamiennej w maszynie.
Bo część można wymienić.
Człowieka na stanowisku też.
Ale zdrowie nie zawsze da się wymienić, naprawić czy odzyskać.
Moja historia jest tylko przykładem.
Nie receptą dla innych.
Przykładem człowieka, który kiedyś uważał, że jeszcze trochę wytrzyma. Że można poczekać. Że najpierw obowiązki, a później on sam.
I wiem już, dokąd takie myślenie potrafi zaprowadzić.
Dlatego podpisuję się pod tym dzisiaj bez żadnego wahania:
Praca jest częścią życia.
Nie życie częścią pracy.
A kiedy organizm mówi:
„Zrób coś”
— nie zawsze trzeba odpowiadać:
„Jeszcze trochę wytrzymam.”
Czasem najbardziej odpowiedzialną decyzją jest wreszcie posłuchać.