
Przez długi czas wydawało mi się, że granica między piciem a trzeźwością jest prosta. Pijesz albo nie pijesz. Dzisiaj wiem, że to jedna z tych rzeczy, które z boku wyglądają dużo łatwiej niż od środka. Bo można nie mieć alkoholu we krwi i nadal całym sobą żyć piciem. Można odliczać godziny, czekać na moment, kiedy w końcu będzie można się napić, można mówić sobie, że wszystko jest pod kontrolą, a jednocześnie podporządkować alkoholowi sporą część dnia, myśli i życia. Głód alkoholu też trudno komuś wytłumaczyć. To nie zawsze jest zwykła ochota na piwo czy kieliszek. Czasami to napięcie, niepokój, rozdrażnienie, myśl, która wraca i nie chce odejść. Człowiek wie, że nie powinien. Wie, ile razy obiecywał sobie coś innego. Wie, że może znowu narobić bałaganu, powiedzieć za dużo, zranić kogoś albo samego siebie, a mimo to w głowie pojawiają się kolejne powody. Tylko jedno. Na uspokojenie. Na sen. Na poprawę humoru. Na ciężki dzień. Na dobry dzień. Na stres. Na zmęczenie. Powód zawsze się znajdzie. I chyba właśnie na tym polega część problemu. Człowiek nie musi już szukać alkoholu, bo jego głowa potrafi znaleźć za niego uzasadnienie. Życie pod wpływem też wygląda inaczej niż życie na trzeźwo. Po alkoholu można na chwilę mniej czuć, mniej myśleć, mniej się bać. Czasami łatwiej mówić, łatwiej się śmiać, łatwiej zapomnieć o tym, co boli. Tylko że razem z tym wszystkim łatwiej też powiedzieć za dużo, zrobić coś głupiego, skłamać, zawieść, obiecać coś, czego następnego dnia człowiek nie potrafi dotrzymać. Alkohol daje chwilę ulgi, ale później potrafi wystawić rachunek i zwykle większy, niż człowiek się spodziewał. Na trzeźwo jest inaczej. Nie ma już tego szybkiego wyjścia awaryjnego. Jak boli, to boli. Jak człowiek się boi, musi się z tym strachem zmierzyć. Jak jest zły, musi nauczyć się przeżyć złość bez zalewania jej alkoholem. Jak zrobi coś nie tak, zostaje z tym na drugi dzień z pełną świadomością. I właśnie dlatego dla mnie trzeźwość nigdy nie była tylko niepiciem. Nie pić można. Trzeźwieć to już coś innego. To uczenie się siebie bez alkoholu. Uczenie się emocji. Uczenie się odpowiedzialności. Uczenie się tego, że nie wszystko trzeba natychmiast zagłuszyć. Człowiek pijący i człowiek trzeźwiejący mogą wyglądać z zewnątrz podobnie. Ta sama twarz, ta sama rodzina, ta sama praca, ten sam człowiek dla sąsiadów i znajomych, ale w środku może dziać się zupełnie coś innego. Pijący bardzo często żyje od ulgi do ulgi. Trzeźwiejący zaczyna żyć od dnia do dnia. Pijący szuka powodu. Trzeźwiejący coraz częściej szuka odpowiedzialności. Pijący ucieka od emocji. Trzeźwiejący powoli uczy się z nimi zostać. Wiele razy słyszy się też o dnie. Alkoholik musi osiągnąć dno. Musi stracić wszystko. Musi dostać tak mocno od życia, żeby w końcu zrozumiał. Tylko że z tym dnem też nie jest tak prosto. Dla jednego będzie nim utrata pracy, dla drugiego rozpad rodziny, dla kogoś zdrowie, wypadek, długi albo samotność. A dla jeszcze innego dnem może być zwykły poranek, kiedy patrzy w lustro i pierwszy raz naprawdę widzi, że nie chce już tak żyć. Nie każdy musi leżeć pod mostem, żeby być alkoholikiem. Nie każdy musi stracić rodzinę, dom czy pracę. Czasami człowiek z zewnątrz funkcjonuje całkiem normalnie, chodzi do pracy, zarabia, ma rodzinę, rozmawia z ludźmi, a w środku już dawno przestał być wolny. Moim zdaniem dno nie ma jednego poziomu. Każdy ma swoje. I chyba najważniejsze jest to, czy człowiek w pewnym momencie je zauważy, czy dalej będzie sobie wmawiał, że przecież inni mają gorzej. Bo alkoholik bardzo łatwo potrafi znaleźć kogoś, przy kim wygląda dobrze. Ja nie piję rano. Ja pracuję. Ja nie śpię na ławce. Ja mam rodzinę. Ja nikogo nie biję. Zawsze można znaleźć człowieka, który pije więcej, żyje gorzej i na jego tle jeszcze przez chwilę udawać przed sobą, że problemu nie ma. AA też kiedyś było dla mnie czymś, na co patrzyłem inaczej niż dzisiaj. Samo przyjście na mityng nie sprawia przecież, że człowiek magicznie przestaje mieć problem. Nie wystarczy wejść do sali, usiąść i wysłuchać kilku historii. Ale jest tam coś, czego wcześniej często brakowało. Ludzie, przed którymi nie trzeba udawać. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego człowiek znowu się napił, dlaczego zawalił, dlaczego zrobił coś, czego sam się po sobie nie spodziewał. Tam często siedzą ludzie, którzy doskonale wiedzą, o czym mówisz, bo sami przechodzili przez podobne rzeczy. Każdy ma inną historię, inne życie, inne straty i inne dno, ale mechanizm potrafi być bardzo podobny. I chyba właśnie to daje pewien rodzaj ulgi. Nagle okazuje się, że nie trzeba już grać roli człowieka, który nad wszystkim panuje. Można powiedzieć prawdę. Nie piszę tego jako ekspert od uzależnień. Piszę jako człowiek, który zna obie strony. Znam stan, kiedy alkohol wydawał się rozwiązaniem. Znam momenty, kiedy już wiedziałem, że nim nie jest, a mimo to nie potrafiłem od razu przestać. Znam też różnicę między „nie piję” a „uczę się żyć bez picia”. To naprawdę nie jest to samo. Można odstawić alkohol, ale jeszcze długo reagować, myśleć i funkcjonować tak jak wcześniej. Można mieć pretensje do całego świata, szukać winnych, obrażać się, uciekać od odpowiedzialności, tylko już bez kieliszka w ręku. I wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że alkohol był ogromną częścią problemu, ale po jego odstawieniu zostaje jeszcze on sam. Ze swoim charakterem, przeszłością, emocjami, błędami, lękami i sposobem reagowania na życie. Dzisiaj patrzę na to dużo spokojniej niż kiedyś. Bez wielkich deklaracji i bez robienia z siebie bohatera. Trzeźwość nie naprawiła wszystkich moich problemów. Nie zrobiła ze mnie idealnego faceta. Nadal popełniam błędy. Nadal potrafię się wkurzyć. Nadal mam gorsze dni i chwile, kiedy najchętniej uciekłbym od wszystkiego. Życie nadal potrafi przywalić. Ludzie nadal zawodzą. Problemy nadal przychodzą. Różnica polega na tym, że dziś nie muszę uciekać w alkohol. I chyba właśnie tutaj przebiega moja granica między piciem a trzeźwością. Nie między pełnym a pustym kieliszkiem. Nie między jednym dniem abstynencji a kolejnym. Dla mnie ta granica przebiega gdzieś dużo głębiej. Między ucieczką a zostaniem ze sobą. Między ciągłym szukaniem wymówek a braniem odpowiedzialności. Między chwilowym znieczuleniem a prawdziwym przeżywaniem tego, co przychodzi. Człowiek pijący chce często choć na chwilę nie czuć. Człowiek trzeźwiejący powoli uczy się, że można czuć wszystko i mimo tego dalej żyć. Reszta tej historii jest znacznie dłuższa. Są w niej momenty, których tutaj nie opiszę. Będą miały swoje miejsce gdzie indziej, bo nie wszystko chcę opowiedzieć w jednym wpisie. Wiem tylko jedno. Kiedyś alkohol miał mi pomagać żyć. Z czasem coraz bardziej przeszkadzał mi żyć. A trzeźwienie zaczęło się chyba naprawdę wtedy, kiedy przestałem pytać, dlaczego nie mogę pić, a zacząłem patrzeć na to, dlaczego już nie chcę wracać do człowieka, którym byłem, kiedy alkohol rządził moim życiem.