
Od jakiegoś czasu coraz częściej zadaję sobie pytanie, na które wcale nie jest łatwo odpowiedzieć. Czy ja naprawdę żyję tak, jak chcę? Czy jestem w miejscu, w którym chciałbym być na tym etapie swojego życia? I nie chodzi mi o pieniądze, wielki dom, drogi samochód czy rzeczy, którymi ludzie tak często mierzą swój sukces. Nigdy nie były one dla mnie najważniejsze. Chodzi o coś znacznie trudniejszego do zdobycia. O poczucie, że moje życie jest naprawdę moje. Że rano wstaję i wiem, że robię to, co lubię, że sam decyduję o swoim czasie i nie muszę ciągle za czymś gonić. I kiedy próbuję sobie szczerze odpowiedzieć na to pytanie, dochodzę do wniosku, że nie, nie żyję jeszcze tak, jakbym chciał. I chyba właśnie ta świadomość boli mnie najbardziej. Przez wiele lat moje życie wyglądało inaczej, niż sobie wyobrażałem. Były błędy, złe decyzje, stracone możliwości, próby zaczynania wszystkiego od nowa. Nie zamierzam jednak kolejny raz opowiadać całej swojej przeszłości. Ona już się wydarzyła. Nie zmienię jej, choć nieraz zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wcześniej zrozumiał pewne rzeczy. Być może miałbym dzisiaj swoje miejsce, spokojną pracę, więcej niezależności. A może wcale nie. Tego nigdy się nie dowiem. Wiem natomiast, że przez dużą część życia bardziej zajmowałem się naprawianiem tego, co było za mną, niż budowaniem tego, co mogło być przede mną. I dzisiaj, kiedy mam już ponad pięćdziesiąt lat, zaczynam odczuwać coś, czego wcześniej nie rozumiałem. Że człowiek może mieć w sobie ogromną chęć do życia, mnóstwo pomysłów, marzeń i planów, a jednocześnie coraz wyraźniej czuć, że zdrowie i upływający czas zaczynają ograniczać jego możliwości. To dziwne uczucie. Głowa nadal chce, wyobraźnia pracuje, człowiek widzi siebie przy różnych zajęciach, planuje, zastanawia się, co jeszcze mógłby stworzyć. A później przychodzi zwykły dzień i rzeczywistość przypomina mu, że nie wszystko zależy już od jego chęci. Czasami organizm nie pozwala zrobić nawet połowy tego, co jeszcze niedawno wydawało się czymś zupełnie normalnym. I nie ma tu znaczenia, ile motywacyjnych książek przeczytam ani ile razy powiem sobie, że trzeba walczyć o marzenia. Bo są ograniczenia, których nie da się pokonać samą siłą woli. Zawsze lubiłem mechanikę samochodową. Pracę, przy której można się skupić, coś rozebrać, naprawić, znaleźć rozwiązanie problemu. Miałem swoje miejsce, swój garaż, swoje plany. Dzisiaj tego miejsca już nie mam. Sprzedaż garażu i przeznaczenie pieniędzy na remont domu to część decyzji, jakie przynosi życie. Bo przecież nie żyjemy samymi marzeniami. Są obowiązki, potrzeby, sprawy ważne dla całej rodziny. Tylko że można rozumieć konieczność pewnych decyzji, a jednocześnie tęsknić za tym, co się zostawiło. Nadal chciałbym mieć niewielki warsztat. Nie po to, żeby budować wielką firmę i pracować od rana do nocy. Wręcz przeciwnie. Chciałbym móc wejść tam rano, zrobić kawę, zająć się samochodem, a kiedy zabraknie mi sił, zwyczajnie odpocząć. Bez presji, bez pośpiechu, bez ciągłego patrzenia na zegarek. Dla kogoś to może być niewielkie marzenie. Dla mnie to właśnie oznaczałoby kawałek życia na własnych zasadach. Tylko że dzisiaj między marzeniem a jego realizacją stoją trzy rzeczy: zdrowie, pieniądze i czas. I najtrudniejsza jest świadomość, że tego ostatniego nikt mi nie odda. Nie piszę tego, żeby ktoś mi współczuł. Nie potrzebuję pocieszania ani zapewnień, że wszystko na pewno się uda. Bo skąd ktokolwiek może to wiedzieć? Sam nie wiem. A jednak nie potrafię przestać o tym myśleć. Czasami zastanawiam się, czy przez te wszystkie lata nie poświęciłem zbyt wiele energii na rzeczy, które dzisiaj nie mają już dla mnie większego znaczenia. Na to, co ktoś o mnie pomyśli, jak mnie oceni, czy zaakceptuje moje decyzje. Na poczucie winy, które towarzyszyło mi od dzieciństwa i z którego tak trudno było się uwolnić. Dzisiaj znacznie mniej interesuje mnie opinia innych. Nie muszę wszystkim się podobać, nie muszę być przez każdego rozumiany. Nie oczekuję też, że ludzie będą zgadzać się z moim spojrzeniem na świat. Chcę tylko mieć prawo do własnego zdania, własnych wyborów i własnego spokoju. Coraz bardziej cenię ludzi szczerych, którzy nie próbują mnie zmieniać według swoich oczekiwań. Ludzi, przy których nie muszę nikogo udawać. Ale zauważyłem też coś jeszcze. Przez lata przyzwyczaiłem się do tego, że życie polega na ciągłym dążeniu do czegoś. Najpierw trzeba coś naprawić, później odzyskać, następnie osiągnąć, udowodnić, nadrobić. Zawsze jakiś cel, zawsze kolejna przeszkoda. I być może właśnie dlatego tak trudno mi dzisiaj zwyczajnie zatrzymać się i powiedzieć sobie, że nie wszystko musi być walką. Że można żyć spokojniej. Tylko czy ja naprawdę potrafię? Piszę bloga, pracuję nad książką, próbuję rozwijać swój kanał na YouTube. Lubię to. Lubię dzielić się przemyśleniami, rozmawiać o życiu, stawiać pytania, na które sam nie zawsze znam odpowiedzi. Nie robię tego dla popularności ani dla liczby polubień. Robię to, bo czuję taką potrzebę. I w tych chwilach rzeczywiście mam poczucie, że robię coś swojego. Że nie muszę nikogo naśladować ani dopasowywać się do oczekiwań innych. Ale nawet wtedy gdzieś z tyłu głowy pozostaje myśl o tym drugim życiu, tym, które sobie wyobrażałem. O miejscu, w którym mógłbym pracować przy samochodach, odpoczywać, tworzyć coś własnymi rękami. I czasami zastanawiam się, czy nie jestem zbyt surowy wobec siebie. Czy nie oceniam swojego życia wyłącznie przez to, czego jeszcze nie osiągnąłem, zapominając o tym, jak wiele udało mi się przejść. Bo przecież jestem tutaj. Nadal mam marzenia. Nadal potrafię cieszyć się drobnymi rzeczami. Nadal chcę się rozwijać i poznawać świat. Nie uważam swojego życia za przegrane. Daleko mi do takiego myślenia. Ale nie zamierzam też oszukiwać samego siebie i powtarzać, że wszystko jest wspaniale, skoro czuję, że czegoś bardzo ważnego mi brakuje. I może właśnie na tym polega dojrzałość. Nie na udawaniu, że jesteśmy szczęśliwi, ale na odwadze przyznania przed sobą, czego naprawdę nam brakuje. Nie każdy potrzebuje wielkich osiągnięć. Niektórzy są szczęśliwi, pracując całe życie na etacie, wracając do domu i nie oczekując niczego więcej. Szanuję to. Ale ja zawsze miałem w sobie potrzebę stworzenia czegoś własnego. Miejsca, które będzie moje, w którym będę mógł decydować o sobie. I nie chcę już za to przepraszać ani tłumaczyć, dlaczego zwyczajny garaż może znaczyć dla mnie więcej niż rzeczy, za którymi gonią inni. Coraz częściej myślę też o tym, że nie wszystko, czego nie zrealizowałem, musi oznaczać porażkę. Czasami życie zwyczajnie stawia nas przed wyborami, których nie chcieliśmy dokonywać. Wybieramy to, co w danym momencie jest konieczne, a niekoniecznie to, czego najbardziej pragniemy. I później trzeba nauczyć się z tym żyć. Tylko ja nie chcę, żeby pogodzenie się z rzeczywistością oznaczało całkowitą rezygnację z marzeń. Nie chcę też spędzić kolejnych lat wyłącznie na rozmyślaniu o tym, co mogło być. Bo wtedy sam odbiorę sobie czas, którego tak bardzo boję się nie mieć. I tutaj dochodzę do odpowiedzi na pytanie postawione na początku. Czy naprawdę żyję tak, jak chcę? Jeszcze nie. Nie w pełni. Ale może pierwszy raz w życiu naprawdę wiem, jak chciałbym żyć. Bez ciągłego udowadniania swojej wartości, bez gonienia za czymś tylko dlatego, że inni uważają to za sukces. Chciałbym mieć zdrowie na tyle, żeby móc robić to, co lubię. Trochę niezależności, kilku prawdziwych ludzi wokół siebie, czas na własne pasje i zwyczajny spokój. Nic nadzwyczajnego. A jednak dzisiaj wiem, jak wiele to znaczy. Nie mam pewności, czy uda mi się stworzyć jeszcze to miejsce, o którym marzę. Nie wiem, na ile pozwoli mi zdrowie ani jak potoczy się moje życie. Ale nie chcę już codziennie żyć myślą, że na wszystko może być za późno. Bo przecież dzisiaj jeszcze jestem. Jeszcze mogę coś zaplanować, napisać, powiedzieć, stworzyć. Może nie wszystko. Może nie tak szybko, jakbym chciał. Ale wciąż coś mogę. I chyba największym błędem byłoby teraz tak bardzo bać się tego, że nie zdążę spełnić swoich marzeń, że przestałbym dostrzegać życie, które nadal mam przed sobą. Nie chcę już nadrabiać przeszłości. Chcę wreszcie dobrze przeżyć teraźniejszość. A jeżeli uda mi się jeszcze zrealizować choć część tego, o czym marzę, będę szczęśliwy. Bo dzisiaj nie chodzi mi już o to, żeby mieć więcej niż inni. Chodzi o to, żebym kiedyś, patrząc wstecz, nie musiał powiedzieć sobie czegoś, co byłoby dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania: wiedziałem, jak chcę żyć, ale nawet nie spróbowałem.