Mechanizmy mojego uzależnienia. Kiedy alkohol zaczął odbierać mi największe marzenie



Długo zastanawiałem się, jak opisać własne uzależnienie, żeby nie było to kolejne opowiadanie o szkodliwości alkoholu. Nie chcę nikogo pouczać ani udawać człowieka, który poznał wszystkie odpowiedzi. Chcę po prostu opowiedzieć, jak alkohol stopniowo przejmował kontrolę nad moim życiem i jak blisko byłem utraty czegoś, co kiedyś było moim największym marzeniem. Własnej rodziny.

Uzależnienie nie pojawia się z dnia na dzień. Początkowo wszystko wygląda niewinnie. Spotkania towarzyskie, okazje do wypicia, dobra zabawa. Przecież piją inni, więc dlaczego ja miałbym nie pić? Z czasem jednak zaczyna się przekraczać granice, których początkowo nawet się nie dostrzega. Człowiek znajduje coraz więcej usprawiedliwień dla swojego picia. Praca, zmęczenie, problemy, stres. Każde wytłumaczenie wydaje się dobre, żeby nie przyznać przed samym sobą, że coś jest nie tak. Dzisiaj wiem, że jednym z najgroźniejszych mechanizmów uzależnienia jest właśnie umiejętność oszukiwania samego siebie. Można okłamywać najbliższych, ale najgorsze zaczyna się wtedy, gdy samemu zaczyna się wierzyć we własne kłamstwa.

Przez długi czas udawało mi się ukrywać skalę swojego problemu. Moje picie mogło jeszcze uchodzić za zwyczajne, towarzyskie. Pracowałem, miałem rodzinę, funkcjonowałem w społeczeństwie. Nie pasowałem do obrazu alkoholika, jaki przez lata utrwalano w naszej świadomości. Przecież alkoholik to według wielu ludzi ktoś zaniedbany, bez pracy, często bezdomny, pijący gdzieś pod sklepem. A skoro ja miałem pracę, dom i rodzinę, to przecież nie mogłem być jednym z nich. Takie myślenie jest bardzo wygodne, ale też niebezpieczne. Uzależnienie nie pyta o wykształcenie, wykonywany zawód ani stan konta. Może dotknąć każdego, a człowiek potrafi bardzo długo zachowywać pozory normalnego życia.

Dla mnie rodzina zawsze była czymś szczególnym. Marzyłem o własnym domu, żonie, dzieciach, o miejscu, do którego będę wracał i w którym będę czuł, że jestem u siebie. Kiedy to marzenie się spełniło, miałem przecież wszystko, czego wcześniej pragnąłem. A mimo to z czasem pozwoliłem, żeby alkohol zaczął odbierać mi radość z tego życia. Dzisiaj trudno mi pogodzić się z tamtym sposobem myślenia, ale wtedy byłem już coraz bardziej uwikłany w uzależnienie. Dostrzegałem również zmiany u Anetki. Nie była już tak szczęśliwa jak wcześniej. Nie widziałem w niej tej samej radości, którą pamiętałem z czasów, kiedy jeszcze udawało mi się ukrywać problem. I chociaż sam coraz bardziej męczyłem się swoim piciem, widziałem, że moje postępowanie zaczyna odbijać się również na niej.

Przychodzi taki moment, kiedy człowiek uzależniony zaczyna rozumieć, że zaszedł za daleko. Że nie pije już dlatego, że chce, ale dlatego, że coraz trudniej mu bez alkoholu funkcjonować. Ja również doszedłem do takiego miejsca. Byłem zmęczony samym sobą, własnym piciem, kłamstwami i tym wszystkim, co się z nim wiązało. Było mi wstyd. Ale chyba jeszcze bardziej żal było mi rodziny. Tego, że miałem coś, o czym zawsze marzyłem, a teraz własnym postępowaniem zaczynałem to tracić.

W końcu sam przyznałem się Anetce do swojego uzależnienia. Pamiętam ogromną ulgę, jaką wtedy poczułem. To może wydawać się dziwne, bo przecież przyznanie się do alkoholizmu nie jest powodem do radości. Dla mnie jednak oznaczało koniec ukrywania prawdy. Co więcej, wiedziałem, że skoro już się przyznałem, nie będzie odwrotu. Będę musiał podjąć leczenie. I właśnie ta świadomość przyniosła mi ogromną ulgę. Nie musiałem już dalej udawać przed samym sobą, że jakoś sobie poradzę, że wystarczy ograniczyć picie albo zrobić sobie dłuższą przerwę.

Nie pamiętam dokładnie, jak Anetka zareagowała na moje wyznanie. Minęło już sporo czasu i nie chcę przypisywać jej słów ani uczuć, których dzisiaj nie jestem pewien. Na pewno nie było to coś, z czego można było się cieszyć. Przecież piłem, kłamałem i robiłem rzeczy, których nie powinienem był robić. Myślę, że potrzebowała czasu, żeby to wszystko sobie poukładać. Później rozmawialiśmy już o moim problemie i o leczeniu, czasami nawet wtedy, kiedy byłem pod wpływem alkoholu. Ostatecznie trafiłem na terapię, więc Anetka przyjęła moją decyzję. Nie oznacza to jednak, że wszystkie wcześniejsze problemy nagle przestały istnieć.

Dzisiaj dostrzegam w tym jeszcze jedną rzecz. Ja, przyznając się do uzależnienia, poczułem ogromną ulgę, ale przecież Anetka nie musiała odczuwać tego samego. Dla mnie był to początek wychodzenia z ukrycia, a dla niej kolejny trudny moment w naszym wspólnym życiu. Człowiek uzależniony często tak bardzo skupia się na własnym cierpieniu, że nie potrafi dostrzec tego, co przeżywają jego najbliżsi. Samo powiedzenie prawdy nie sprawia przecież, że wcześniejsze kłamstwa przestają boleć.

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o leczeniu, pojawił się u mnie jeszcze jeden lęk. Bałem się społecznej oceny, ale najbardziej obawiałem się tego, że Anetka będzie się za mnie wstydziła. O ośrodku w Stanominie mówiło się wtedy po prostu „odwyk”. A słowo to kojarzyło się wielu ludziom z kimś, kto znalazł się już na samym dnie, z tak zwanymi menelami z ulicy. Piszę to z szacunkiem do tych ludzi, bo przecież ich życie również ma wartość, ale właśnie takie stereotypy funkcjonowały w społeczeństwie. Bałem się, że ktoś powie, iż mąż Anetki jest na odwyku. Nie na leczeniu choroby, nie w miejscu, w którym próbuje odzyskać własne życie, tylko na odwyku. Dzisiaj widzę, jak absurdalne było to myślenie. Wstydziłem się podjęcia leczenia, chociaż wcześniej powinienem był wstydzić się przede wszystkim własnych kłamstw i tego, co alkohol robił z moim życiem.

Myślę, że właśnie ten wstyd jest jedną z przyczyn, dla których wielu uzależnionych tak długo odkłada leczenie. Boją się przyznać do choroby, boją się reakcji rodziny, znajomych i środowiska, w którym żyją. Wmawiają sobie, że poradzą sobie sami, że jeszcze nie jest tak źle, że przestaną pić od przyszłego miesiąca, po świętach, po wakacjach. Zawsze znajduje się jakiś dogodniejszy termin. Tylko że uzależnienie nie czeka na ten właściwy moment.

I tutaj dochodzę do czegoś, co szczególnie mocno uświadamia mi, jak poważna jest to choroba. Wielu moich kolegów już nie żyje. Odeszli ludzie, których znałem, i których życie zostało zniszczone przez alkohol. Kiedy o nich myślę, zastanawiam się, ilu z nich wierzyło, że jeszcze zdąży przestać pić. Ilu odkładało decyzję o leczeniu, przekonując siebie, że przecież mają jeszcze czas. Być może niektórzy naprawdę chcieli coś zmienić, tylko ciągle brakowało im odwagi, siły albo wiary, że mogą żyć inaczej. Tego już się nie dowiem. Wiem natomiast, że ich już nie ma.

Najbardziej przeraża mnie to, jak często alkohol znika z opowieści o przyczynie czyjejś śmierci. Mówi się, że ktoś zmarł na chorobę wątroby, niewydolność serca albo krwawienie z przewodu pokarmowego. Oczywiście nie każda taka choroba wynika z picia. Ale alkohol może przez lata uszkadzać organizm, przyczyniać się do rozwoju wielu chorób i ostatecznie doprowadzić do śmierci. W dokumentacji medycznej zostaje rozpoznanie konkretnej choroby, a w rozmowach ludzi często umyka to, co mogło przez długie lata prowadzić do jej rozwoju. Nie chcę nikomu po śmierci stawiać diagnozy. Chcę tylko zwrócić uwagę, że alkohol nie musi zabić człowieka bezpośrednio, żeby odebrać mu życie.

Najgorsze jest to, że śmierć zamyka wszystkie możliwości. Nie będzie już kolejnej próby leczenia, kolejnej rozmowy z żoną, kolejnego przyrzeczenia złożonego dzieciom. Nie będzie okazji, żeby odbudować zaufanie, którego wcześniej się nadużywało. Zostają najbliżsi, wspomnienia, żal i pytania, na które często nie ma już odpowiedzi. I być może właśnie dlatego tak bardzo chciałbym dotrzeć tym tekstem do kogoś, kto dzisiaj jeszcze się waha. Nie dlatego, że potrafię kogokolwiek uratować swoim pisaniem, ale dlatego, że wiem, jak łatwo odkłada się decyzję, która może zmienić całe życie.

Kiedy sam trafiłem na pierwszą terapię, nie rozumiałem jeszcze wszystkiego, co dzisiaj wiem o trzeźwieniu. Chciałem przede wszystkim przestać pić, wrócić do domu, odzyskać spokój i zaufanie rodziny. Tak naprawdę nie podejmowałem wtedy terapii dla samego siebie. Robiłem to głównie po to, żeby wszystko wróciło do normalności. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że samo odstawienie alkoholu nie rozwiąże wszystkich problemów. Detoks, choć jest niezwykle ważny, stanowi dopiero początek. Prawdziwa praca zaczyna się wtedy, kiedy człowiek musi zmierzyć się z własnym sposobem myślenia i nauczyć się żyć bez czegoś, co przez lata nim kierowało.

Jednym z najtrudniejszych doświadczeń w trzeźwieniu jest tęsknota za alkoholem. Wiem, że dla kogoś, kto nigdy nie był uzależniony, może to zabrzmieć niezrozumiale. Jak można tęsknić za czymś, co niszczyło człowiekowi życie, rodzinę i zdrowie? A jednak można. Uzależnienie potrafi przypominać dobre chwile związane z piciem, jednocześnie odsuwając na dalszy plan wszystkie jego konsekwencje. Człowiek musi nauczyć się rozpoznawać te mechanizmy i nie poddawać się im. Musi nauczyć się przeżywać emocje, radzić sobie z codziennością i podejmować decyzje bez powrotu do alkoholu. To proces, którego nie załatwi kilka tygodni spędzonych w ośrodku.

Jest jeszcze jedna trudna lekcja, którą daje trzeźwienie. Zrozumienie, że nasi najbliżsi nie mają obowiązku natychmiast nam wybaczyć ani ponownie zaufać. Człowiek przestaje pić i często chciałby, żeby od tej chwili wszystko było już dobrze. Tymczasem żona, mąż czy dzieci mają swoje wspomnienia i własne uczucia. Mogą nadal się bać, mogą być rozczarowani, mogą nie wierzyć w kolejne zapewnienia. I mają do tego prawo. Nie można domagać się wdzięczności za to, że w końcu postanowiło się podjąć leczenie. Zaufanie odzyskuje się nie słowami, lecz postępowaniem, a na to potrzeba czasu.

Myślę dzisiaj również o rodzinach, które nadal żyją obok osób uzależnionych. O ludziach zmęczonych ciągłym martwieniem się, ukrywaniem problemów przed światem, kolejnymi rozczarowaniami. Nie każda rodzina doświadcza awantur czy przemocy. Czasami cierpieniem jest zwykła codzienność, w której coraz mniej miejsca pozostaje na radość i spokój. Wiem, jak trudno może być dostrzec to człowiekowi, który sam walczy z nałogiem. Ale wiem też, że rodzina nie jest odpowiedzialna za jego picie i nie powinna poświęcać własnego życia, czekając bez końca na zmianę, która może nigdy nie nadejść.

Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby przedstawiać się jako człowiek, który wygrał z uzależnieniem i może teraz pouczać innych. Nadal jestem człowiekiem ze swoją przeszłością, słabościami i błędami. Wiele z nich rozumiem dzisiaj inaczej niż kiedyś. Nie mogę cofnąć czasu, nie mogę wymazać swoich kłamstw ani sprawić, że najbliżsi zapomną o tym, co przeżyli. Mogę jednak brać odpowiedzialność za swoje obecne życie. Dla mnie trzeźwienie nie jest wyłącznie liczeniem dni bez alkoholu. Jest nauką życia, w którym nie muszę już oszukiwać samego siebie ani ludzi, których kocham.

Czasami wracam myślami do chwili, kiedy przyznałem się Anetce do uzależnienia. Do tej ogromnej ulgi, którą wtedy poczułem, i do strachu przed tym, co będzie dalej. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak długa i trudna droga przede mną. Wiedziałem jednak, że nie chcę dalej żyć w ten sposób. Że alkohol odebrał mi już wystarczająco dużo i nie chcę pozwolić, żeby zabrał mi również rodzinę.

Dzisiaj, kiedy myślę o kolegach, których już nie ma, jeszcze mocniej rozumiem znaczenie tamtej decyzji. Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wtedy nie przyznał się do problemu i nie podjął leczenia. Nie chcę też snuć czarnych scenariuszy. Wiem jednak, że alkohol potrafi zabrać człowiekowi znacznie więcej, niż ten jest gotów sobie wyobrazić.

Jeżeli ktoś, kto czyta te słowa, zaczyna dostrzegać u siebie problem, chciałbym, żeby zrozumiał jedną rzecz. Nie trzeba stracić pracy, domu ani rodziny, żeby mieć prawo poprosić o pomoc. Nie trzeba też czekać, aż zdrowie zacznie się rozpadać. Uzależnienie jest chorobą, a leczenie nie jest powodem do wstydu.

Kiedyś bałem się, że Anetka będzie się wstydziła tego, że jej mąż jest na odwyku. Dzisiaj wiem, że znacznie bardziej powinienem był bać się tego, że przez alkohol stracę ją i rodzinę, o której zawsze marzyłem.

A najtrudniejsza prawda, do której dochodzę po latach, jest chyba taka, że nie każdy człowiek uzależniony doczeka momentu, w którym zrozumie, co naprawdę stracił. Niektórzy odchodzą wcześniej, pozostawiając po sobie ludzi, którzy być może do końca mieli nadzieję, że jeszcze wszystko się zmieni.

Ja dostałem możliwość zmiany własnego życia. I nie chciałbym już nigdy zapomnieć, jak wiele mogłem stracić.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry