Gdzie jest DIOZ? Ten koń zaraz padnie!



Patrząc na zdjęcie powyżej, aż chciałoby się zapytać: gdzie jest DIOZ? Przecież ten koń zaraz padnie! Żart? Tak. Ale cała reszta już nie bardzo mnie bawi.

Kocham zwierzęta. Szanuję ludzi, którzy wyciągają zagłodzone psy z melin, odbierają zwierzęta ludziom, którzy naprawdę się nad nimi znęcają, leczą je i szukają im nowych domów. Za takie działania organizacjom takim jak DIOZ należy się uznanie. Ale szacunek do czyjejś działalności nie oznacza, że mam bezkrytycznie przyjmować wszystko, co ta organizacja mówi i robi. A w sprawie koni wożących turystów w Tatrach coraz bardziej czegoś mi tu nie pasuje.

Koń od wieków był zwierzęciem pracującym

Przez setki lat konie orały pola, ciągnęły wozy, pracowały przy transporcie, w lasach, gospodarstwach i wojsku. Człowiek przez wieki hodował określone rasy właśnie po to, by były silne, wytrzymałe i zdolne do pracy.

Czy to oznacza, że wolno konia zamęczyć? Oczywiście, że nie. Jeżeli ktoś przeciąża zwierzę, bije je, nie zapewnia mu wody, odpoczynku, odpowiedniej paszy, opieki weterynaryjnej albo zmusza chore zwierzę do pracy — reagować należy natychmiast. Tylko że czym innym jest walka ze znęcaniem się nad zwierzęciem, a czym innym próba przekonania społeczeństwa, że sama praca konia jest już jego krzywdą.

Bo jeżeli pójdziemy tą drogą, to gdzie postawimy granicę? Czy koń może ciągnąć bryczkę? Czy może chodzić pod siodłem? Czy może startować w zawodach? Czy może pracować w hipoterapii? Czy może ciągnąć sanie? A może najlepiej, żeby każde zwierzę całe życie leżało na pastwisku, jadło i czekało na starość?

To nie jest już tylko dyskusja o ochronie zwierząt. To jest dyskusja o próbie napisania na nowo ich miejsca obok człowieka.

Fasiągi to nie wymysł sprzed pięciu lat

Transport konny na Podhalu nie powstał po to, żeby ktoś zrobił sobie atrakcję na Instagram. Jest częścią lokalnej tradycji, pracy i historii wielu rodzin. Nawet Tatrzański Park Narodowy, planując zmiany na trasie do Morskiego Oka, mówi o zachowaniu kulturowej funkcji transportu konnego. Jednocześnie przewozy podlegają regulaminom i kontroli dobrostanu zwierząt.

Dlatego mam problem z podejściem: „Nam się to nie podoba, więc należy tego zakazać”.

Nie. Najpierw pokażcie badania. Sprawdźcie konkretny zaprzęg, konkretnego konia i konkretnego właściciela. Jeżeli łamie przepisy — karać. Jeżeli przeciąża zwierzę — odsunąć konia od pracy. Jeżeli się nad nim znęca — odebrać mu zwierzę i postawić zarzuty. Ale nie róbmy przestępców z całej grupy ludzi tylko dlatego, że ktoś uznał, że koń ciągnący wóz musi cierpieć.

Tym bardziej że TPN oraz eksperci przedstawiali wyniki badań, według których kontrolowane konie pracujące na tej trasie nie wykazują przeciążeń uzasadniających twierdzenie, że sam system przewozów oznacza ich znęcanie.

„Koń padł”. I co z tego wynika?

W debacie regularnie pojawia się najmocniejsze emocjonalnie słowo: padł. Koń padł. I dla wielu osób na tym kończy się dyskusja. Tylko że śmierć zwierzęcia sama w sobie nie odpowiada jeszcze na pytanie, dlaczego umarło.

Jeżeli koń zmarł wskutek przeciążenia — ustalmy to. Jeżeli miał chorobę — powiedzmy o tym. Jeżeli zawinił człowiek — niech poniesie odpowiedzialność. Ale sam fakt śmierci nie jest automatycznie dowodem znęcania. Umierają konie rekreacyjne. Umierają psy śpiące na kanapach. Umierają zwierzęta żyjące na najlepszych pastwiskach. Umierają również ludzie, którzy jeszcze dzień wcześniej wydawali się zdrowi.

Śmierć jest częścią życia. O jej przyczynie powinny decydować fakty, badania i weterynarze, a nie najbardziej dramatyczny podpis pod filmem w mediach społecznościowych.

I tutaj zaczyna się pytanie o pieniądze

Do niedawna można było powiedzieć: DIOZ walczy o konie, ponieważ uważa, że należy zastąpić transport konny transportem elektrycznym. Mogę się z tym nie zgadzać, ale rozumiem takie stanowisko.

Tyle że teraz pojawia się coś jeszcze. Po spotkaniu w Zakopanem Starostwo Powiatowe oficjalnie informowało o propozycji bezpośredniego udziału DIOZ w świadczeniu usług transportowych z wykorzystaniem e-fasiągów.

I w tym momencie zapala mi się czerwona lampka.

Bo jeżeli organizacja najpierw bardzo głośno walczy o usunięcie istniejącego transportu konnego, a następnie pojawia się temat jej udziału w rozwiązaniu, które miałoby ten transport zastąpić, to mam pełne prawo zadać pytanie: czy nadal rozmawiamy wyłącznie o ochronie zwierząt?

Czy może zaczyna się również rozmowa o rynku przewozów, wpływach, o tym, kto będzie woził tysiące turystów i kto będzie na tym zarabiał?

Nie twierdzę, że znam odpowiedź. Ale po takich informacjach pytanie jest całkowicie zasadne. I przepraszam, ale mnie osobiście zaczyna to pachnieć nie tylko ratowaniem koni. Zaczyna pachnieć również biznesem.

Elektryczne nie znaczy automatycznie lepsze

Mam też coraz większy problem z przekonaniem, że jeżeli coś ma baterię, kabel i napis „eko”, to automatycznie oznacza postęp. W Tatrach już funkcjonuje transport elektryczny i można dyskutować, czy powinien być rozwijany. Można traktować go jako alternatywę. Można zmniejszać obciążenie koni, skracać trasę, zaostrzać badania weterynaryjne i jeszcze dokładniej kontrolować warunki pracy zwierząt. To jest rozmowa.

Ale dlaczego rozwiązaniem problemu ma być zawsze likwidacja tego, co istniało od pokoleń, i zastąpienie tego kolejnym pojazdem mechanicznym? Naprawdę wszystko musimy zamienić na silnik?

Za chwilę pojedziemy elektrycznym „fasiągiem”, który będzie udawał tradycyjny wóz, i wmówimy sobie, że właśnie uratowaliśmy kulturę Podhala. Tylko konia już w niej nie będzie.

A gdzie jesteśmy tam, gdzie nie ma kamer?

Jest jeszcze coś, co od dawna mnie zastanawia. W mediach społecznościowych regularnie widzę dramatyczne interwencje, zdjęcia rannych zwierząt, filmy, krzyk, emocje i apele o pieniądze. Rozumiem dlaczego. Dramatyczne obrazy przyciągają uwagę.

Ale równocześnie w Polsce działają schroniska, fundacje i małe organizacje, które regularnie proszą o karmę, leczenie czy pieniądze na podstawowe potrzeby zwierząt. I wtedy chciałbym zobaczyć równie wielką mobilizację. Nie tylko tam, gdzie można nagrać widowiskową interwencję. Nie tylko tam, gdzie temat trafi do ogólnopolskich mediów. Nie tylko tam, gdzie można urządzić protest.

Ochrona zwierząt zaczyna się także przy zwykłej misce z karmą, której nikt nie sfilmuje. Nie twierdzę przy tym, że DIOZ ma obowiązek finansować wszystkie schroniska w Polsce. Oczywiście, że nie ma. Pytam o coś innego: czy medialność problemu nie zaczęła mieć większego znaczenia niż sam problem?

Nie jestem przeciwko DIOZ. Jestem przeciwko świętym krowom

Nie zamierzam twierdzić, że wszystko, co robi DIOZ, jest złe. Bo nie jest. Widziałem wiele zwierząt, którym działalność takich organizacji realnie pomogła. I za to zawsze będę miał szacunek.

Ale żadna fundacja, stowarzyszenie, urząd, firma ani człowiek działający pod hasłem czynienia dobra nie otrzymuje ode mnie prawa do bycia poza krytyką. Dobry cel nie oznacza automatycznie, że każda metoda jest dobra. Ochrona zwierząt nie oznacza, że mamy zlikwidować każdą formę ich pracy. Emocjonalny film nie zastępuje badań. Protest nie zastępuje rozmowy. A hasło „robimy to dla zwierząt” nie powinno kończyć wszystkich pytań o pieniądze i interesy.

Dlatego zamiast krzyczeć, że każdy fiakier jest oprawcą, sprawdzajmy fakty. Kontrolujmy konie. Badajmy je. Pilnujmy warunków ich pracy. Karzmy ludzi, którzy naprawdę zwierzętom wyrządzają krzywdę. Ale nie niszczmy czegoś tylko dlatego, że współczesny aktywizm uznał, iż wie lepiej, jakie powinno być przeznaczenie zwierzęcia, które od setek lat żyło i pracowało obok człowieka.

Bo można walczyć o dobro zwierząt. Można również tak mocno uwierzyć we własną rację, że przestaje się słuchać kogokolwiek poza sobą.

A kiedy obok wielkich słów o ratowaniu zwierząt pojawia się możliwość udziału w przewozach, które mają zastąpić obecnych przewoźników, mam jedno pytanie:

czy naprawdę chodzi już tylko o konie?

Ja odpowiedzi nie znam. Ale zdecydowanie przestałem bać się tego pytania.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry